<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" version="2.0" xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/"><channel><title><![CDATA[Astrolabium]]></title><description><![CDATA[Onirolog chaozoficzny]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/</link><image><url>https://wiruje-astrolabium.pl/favicon.png</url><title>Astrolabium</title><link>https://wiruje-astrolabium.pl/</link></image><generator>Ghost 5.12</generator><lastBuildDate>Wed, 15 Apr 2026 19:24:11 GMT</lastBuildDate><atom:link href="https://wiruje-astrolabium.pl/rss/" rel="self" type="application/rss+xml"/><ttl>60</ttl><item><title><![CDATA[Częstochowa-Olsztyn]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><h3 id="czwartek-6-lipca-cz%C4%99stochowa-olsztyn">Czwartek 6 lipca. Cz&#x119;stochowa-Olsztyn.</h3>
<p>Godzin&#x119; op&#xF3;&#x17A;niony poci&#x105;g dowl&#xF3;k&#x142; si&#x119; niespiesznie do stacji. Pomimo mniejszych i wi&#x119;kszych przeciwno&#x15B;ci losu, w skwiercz&#x105;cym upale, targaj&#x105;c ze sob&#x105; torb&#x119; ci&#x119;&#x17C;</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/czestochowa-olsztyn/</link><guid isPermaLink="false">64ad24f048ab2d05b499739a</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Fri, 14 Jul 2023 11:16:57 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><h3 id="czwartek-6-lipca-cz%C4%99stochowa-olsztyn">Czwartek 6 lipca. Cz&#x119;stochowa-Olsztyn.</h3>
<p>Godzin&#x119; op&#xF3;&#x17A;niony poci&#x105;g dowl&#xF3;k&#x142; si&#x119; niespiesznie do stacji. Pomimo mniejszych i wi&#x119;kszych przeciwno&#x15B;ci losu, w skwiercz&#x105;cym upale, targaj&#x105;c ze sob&#x105; torb&#x119; ci&#x119;&#x17C;k&#x105; jak sumienie Kmicica, uda&#x142;o mi si&#x119; w ko&#x144;cu dotrze&#x107; do Cz&#x119;stochowy, aby st&#x105;d kontynuowa&#x107; m&#x105; podr&#xF3;&#x17C; w kierunku Olsztyna.</p>
<p>Nie tego Olsztyna, o kt&#xF3;rym zapewne teraz my&#x15B;lisz, drogi Czytelniku lub Czytelniczko. Nie tego te&#x17C;, o kt&#xF3;rym my&#x15B;l&#x105; wyszukiwarki, mapy, strony PKP i rozk&#x142;ady jazdy. Internauci na forach upieraj&#x105; si&#x119; jednak, &#x17C;e dotarcie do owego mniejszego, skromniejszego, mniej os&#x142;awionego Olsztyna jest proste i obywa si&#x119; zwykle bez przyg&#xF3;d &#x2013; postanowi&#x142;em im zaufa&#x107;.</p>
<hr>
<p>Dworzec PKP w Cz&#x119;stochowie szczyci si&#x119; czterema peronami. Cztery perony, jak cztery strza&#x142;y w Sarajewie &#x2013; pomy&#x15B;la&#x142;em; nad ka&#x17C;dym z nich przeszed&#x142;em, mijaj&#x105;c po drodze Relay, sk&#x142;ad ksi&#x105;&#x17C;ek o Papie&#x17C;u, kiosk z mi&#x119;kk&#x105; pornografi&#x105; oraz sklepik z zabawkami, nim znalaz&#x142;em si&#x119; na betonowym placu, przypominaj&#x105;cym na pierwszy rzut oka dworzec autobusowy. Niestety, by&#x142; pusty &#x2013; ani informacji, ani rozk&#x142;adu, ani tym bardziej &#x17C;adnego autobusu nie by&#x142;o tam &#x15B;ladu. Kilkoro nastolatk&#xF3;w bawi&#x142;o si&#x119; z psem. S&#x142;o&#x144;ce pra&#x17C;y&#x142;o. W oddali g&#x142;os z megafonu informowa&#x142; o kolejnych sp&#xF3;&#x17A;nieniach.</p>
<p>Westchn&#x105;wszy &#x2013; na razie lekko i pogodnie &#x2013; wspi&#x105;&#x142;em si&#x119; z powrotem po schodach i przeszed&#x142;em zn&#xF3;w przez pasa&#x17C; i hal&#x119; dworca, &#x17C;ywi&#x105;c nadziej&#x119;  &#x2013; nie ca&#x142;kiem przecie&#x17C; bezpodstawn&#x105; lub g&#x142;upi&#x105; &#x2013; &#x17C;e mo&#x17C;e tam, po drugiej stronie, znajdzie si&#x119; przewo&#x17A;nik, kt&#xF3;ry za z&#x142;ot&#x105; monet&#x119;... Niestety, plac po drugiej stronie wygl&#x105;da&#x142; jeszcze mniej obiecuj&#x105;co. P&#x142;yta po stronie zachodniej, cho&#x107; nieska&#x17C;ona obecno&#x15B;ci&#x105; autobus&#xF3;w, posiada&#x142;a jednak pewn&#x105; potencjalno&#x15B;&#x107;, czy te&#x17C; <em>dyspozycj&#x119;</em> (jak powiedzia&#x142;by G. Ryle), sugeruj&#x105;c&#x105;, &#x17C;e obecno&#x15B;&#x107; taka mo&#x17C;e si&#x119; zrealizowa&#x107;. Tutaj, na wy&#x142;o&#x17C;onym kostk&#x105; i obsadzonym drzewami ryneczku z fontann&#x105; na &#x15B;rodku, obietnicy takiej si&#x119; nie odczuwa&#x142;o. Czy to znaczy, &#x17C;e autobus nie m&#xF3;g&#x142; si&#x119; tu zjawi&#x107;? Niekoniecznie. Ka&#x17C;dy, kto podr&#xF3;&#x17C;owa&#x142; po Polsce, wie, &#x17C;e tego rodzaju potencjalno&#x15B;ci bywaj&#x105; <em>eteryczne</em> (jak powiedzia&#x142;by N. Goodman) i zawsze lepiej jest si&#x119; kogo&#x15B; dopyta&#x107;. Tylko kogo? Wed&#x142;ug mapy, miejski punkt informacyjny zamkn&#x105;&#x142; si&#x119; minut&#x119; temu. Znak &quot;i&quot; w hali dworcowej, cho&#x107; wyra&#x17A;ny i budz&#x105;cy nadziej&#x119;, wskazywa&#x142; niepewnie w kierunku kas PKP.</p>
<p>Poczu&#x142;em pragnienie.</p>
<p>&quot;To nic&quot; &#x2013; m&#xF3;wi&#x142;em sobie, gramol&#x105;c si&#x119; kolejny raz na g&#xF3;r&#x119; w poszukiwaniu napitku. &#x2013; &quot;Mamy ca&#x142;y dzie&#x144;. Autobus musi gdzie&#x15B; tu by&#x107;.&quot;</p>
<p>Po chwili znalaz&#x142;em si&#x119; w kiosku Relay.</p>
<p>&quot;Nie wie pani, gdzie mog&#x119; dowiedzie&#x107; si&#x119; o autobusach?&quot; &#x2013; zagada&#x142;em do dziewczyny za lad&#x105;, nie robi&#x105;c sobie wielkich nadziei. &#x2013; &quot;Potrzebuj&#x119; dosta&#x107; si&#x119; do Olsztyna. Tego pod Cz&#x119;stochow&#x105;.&quot;</p>
<p>&quot;Oj, nie wiem&quot; &#x2013; odpar&#x142;a dziewczyna. &#x2013; &quot;Mo&#x17C;e pan spyta&#x107; tam&quot; &#x2013; wskaza&#x142;a na kasy PKP.</p>
<p>Si&#x119;gn&#x105;&#x142;em do kieszeni po pieni&#x105;dze, dzi&#x119;kuj&#x105;c skinieniem g&#x142;owy. Dziewczyna u&#x15B;miechn&#x119;&#x142;a si&#x119; przepraszaj&#x105;co.</p>
<p>&quot;Wczoraj by&#x142;a tu jaka&#x15B; pani, wie pan&quot; &#x2013; podj&#x119;&#x142;a gaw&#x119;dziarskim tonem, nim zd&#x105;&#x17C;y&#x142;em si&#x119; oddali&#x107;. &#x2013; &quot;Przysz&#x142;a i pyta si&#x119;: Czy s&#x105; sandwicze? W sensie, czy s&#x105; kanapki. Ale powiedzia&#x142;a: sandwicze.&quot;</p>
<p>Zamieni&#x142;em si&#x119; w s&#x142;uch.</p>
<p>&quot;M&#xF3;wi&#x119;, &#x17C;e nie ma... Bo nie by&#x142;o&quot; &#x2013; u&#x15B;ci&#x15B;li&#x142;a. &#x2013; &quot;Teraz s&#x105;, ale akurat nie mia&#x142;am. M&#xF3;wi&#x119; jej: nie ma sandwiczy. A ona na to: Co za dziura!&quot;</p>
<p>Roze&#x15B;mia&#x142;a si&#x119;, jakby okre&#x15B;lenie tego miejsca &quot;dziur&#x105;&quot; by&#x142;o nie obelg&#x105;, lecz naiwnym truizmem.</p>
<p>Podzi&#x119;kowa&#x142;em za histori&#x119;. Lepszy marny trop ni&#x17C; &#x17C;aden, m&#xF3;wi&#x142;em sobie, wi&#x119;c tak jak Jan Skrzetuski, szukaj&#x105;cy Halszki w Kijowie - chocia&#x17C; (spoiler) by&#x142;a w Czarcim Jarze - ja poszed&#x142;em szuka&#x107; szcz&#x119;&#x15B;cia w kasie PKP.</p>
<p>&quot;Przepraszam&quot; &#x2013; odezwa&#x142;em si&#x119; do pani w okienku, wygl&#x105;daj&#x105;cej nieco jak Horpyna. &#x2013; &quot;Czy dowiem si&#x119; od pani o autobusach?&quot;</p>
<p>&quot;Nie&quot; &#x2013; odpar&#x142;a Horpyna.</p>
<p>&quot;A gdzie si&#x119; dowiem?&quot; &#x2013; spyta&#x142;em niespeszony.</p>
<p>&quot;O, tam autobusy stoj&#x105;&quot; &#x2013; wskaza&#x142;a w kierunku, gdzie przed chwil&#x105; by&#x142;em, nie spotykaj&#x105;c tam &#x17C;adnego autobusu.</p>
<p>&quot;I tam jest informacja?&quot;</p>
<p>&quot;Nie.&quot;</p>
<p>Z niejasnej przyczyny wybuchn&#x119;&#x142;a &#x15B;miechem.</p>
<p>Mimo pewnej podejrzliwo&#x15B;ci po tej groteskowej wymianie zda&#x144;, postanowi&#x142;em pod&#x105;&#x17C;y&#x107; za tropem i przeszed&#x142;szy nad torami po raz trzeci, wr&#xF3;ci&#x142;em na znan&#x105; mi ju&#x17C; p&#x142;yt&#x119;, gdzie tym razem sta&#x142;y dwa autobusy. Pierwszy z nich na m&#xF3;j widok natychmiast odjecha&#x142;, a drugi zacz&#x105;&#x142; pospiesznie zamyka&#x107; drzwi. Nie daj&#x105;c mu szansy uciec, podbieg&#x142;em odwa&#x17C;nie i zapuka&#x142;em w okno. Kierowca otworzy&#x142;.</p>
<p>&quot;Przepraszam, nie wie pan jak dojad&#x119; do Olsztyna? Tego pod Cz&#x119;stochow&#x105;?&quot;</p>
<p>&quot;Autobusem najlepiej.&quot;</p>
<p>&quot;Kt&#xF3;rym?&quot;</p>
<p>&quot;58. Po drugiej stronie dworca. Przejdzie pan na peronami, przejdzie przez dworzec, wyjdzie na plac, skr&#x119;ci w lewo, minie poczt&#x119;, minie parking, i na wprost b&#x119;d&#x105; autobusy.&quot;</p>
<p>Podzi&#x119;kowawszy uprzejmie, przeszed&#x142;em zn&#xF3;w przez dworzec, skr&#x119;ci&#x142;em w lewo, itd., a&#x17C; po niekomfortowo d&#x142;ugiej w&#x119;dr&#xF3;wce dotar&#x142;em faktycznie do miejsca, gdzie sta&#x142;y autobusy oraz rozmaite inne pojazdy, niekt&#xF3;re zardzewia&#x142;e i wygl&#x105;daj&#x105;ce jakby nikt nie odwa&#x17C;y&#x142; si&#x119; do nich wsi&#x105;&#x15B;&#x107; od czas&#xF3;w Gierka. Niestety lub na szcz&#x119;&#x15B;cie, &#x17C;aden z nich nie mia&#x142; numeru 58. Nie znalaz&#x142;em te&#x17C; autobusu 58 w &#x17C;adnym z wyblak&#x142;ych, rozpuszczonych przez deszcz, lub dyndaj&#x105;cych na sznurkach rozk&#x142;ad&#xF3;w jazdy.</p>
<p>Ju&#x17C; mia&#x142;em si&#x119; podda&#x107; i p&#xF3;j&#x15B;&#x107; &#x142;apa&#x107; stopa, gdy tu&#x17C; obok mnie podjecha&#x142; minibus z napisem: &quot;NAK&#x141;O&quot;. Pod spodem, ma&#x142;ymi literkami, pisa&#x142;o: &quot;przez Lel&#xF3;w, Jan&#xF3;w, Olsztyn&quot;.</p>
<h3 id="sobota-8-lipca-olsztyn-cz%C4%99stochowa">Sobota 8 lipca. Olsztyn-Cz&#x119;stochowa.</h3>
<p>&quot;Dzie&#x144; dobry, sandwicze s&#x105;?&quot; &#x2013; wo&#x142;am, wchodz&#x105;c do kiosku Relay.</p>
<p>&quot;W takiej dziurze?&quot; &#x2013; dziewczyna za lad&#x105; roze&#x15B;mia&#x142;a si&#x119;. &#x2013; &quot;Panie, tu jest Polska!&quot;</p>
<p>&#x15A;miej&#x105;c si&#x119; r&#xF3;wnie&#x17C;, od&#x142;o&#x17C;y&#x142;em torb&#x119; aby znale&#x17A;&#x107; pieni&#x105;dze. W mi&#x119;dzyczasie, niem&#x142;ody m&#x119;&#x17C;czyzna z w&#x105;sem, w brudnym robotniczym stroju, podszed&#x142; do kasy.</p>
<p>&quot;Dzie&#x144; dobry, kartki urodzinowe s&#x105; dla dziecka, dostan&#x119;?&quot; &#x2013; spyta&#x142;. Dziewczyna spochmurnia&#x142;a.</p>
<p>&quot;Nie&quot; &#x2013; odpar&#x142;a, niespodziewanie ostro.</p>
<p>Ch&#x142;op zamruga&#x142; oczami i odszed&#x142;. Dziewczyna spojrza&#x142;a na mnie.</p>
<p>&quot;No nie ma i ju&#x17C;&quot; &#x2013; wzruszy&#x142;a ramionami, zn&#xF3;w weso&#x142;o si&#x119; u&#x15B;miechaj&#x105;c.</p>
<hr>
<p>Podszed&#x142;em do kasy PKP, gdzie znana mi ju&#x17C; pani z okienka urz&#x119;dowa&#x142;a i dzi&#x15B;.</p>
<p>&quot;Dzie&#x144; dobry! Najbli&#x17C;szy poci&#x105;g do Krakowa kiedy jest?&quot;</p>
<p>&quot;Nie ma.&quot;</p>
<p>Moment niezr&#x119;cznego milczenia i mierzenia si&#x119; wzrokiem. Bolesne westchnienie.</p>
<p>&quot;Chyba &#x17C;e chce pan z przesiadk&#x105;?&quot;</p>
<hr>
<p>Wchodz&#x105;c do dworcowej toalety min&#x105;&#x142;em napis &quot;4 Z&#x141;&quot;, liczne tablice z instrukcjami i regulaminami, oraz rozgniewan&#x105;, krzycz&#x105;c&#x105; na kogo&#x15B; pani&#x105; stoj&#x105;c&#x105; w kantorku.</p>
<p>Obrotowa bramka do toalet &#x2013; urz&#x105;dzenie dobrze znane obywatelom kraj&#xF3;w, w kt&#xF3;rych p&#x142;aci si&#x119; za oddawanie moczu &#x2013; zablokowana by&#x142;a przez starszego m&#x119;&#x17C;czyzn&#x119;, nie radz&#x105;cego sobie z wyj&#x15B;ciem.</p>
<p>&quot;Nie wiesz pan jak to dzia&#x142;a?&quot; &#x2013; spyta&#x142; na m&#xF3;j widok z nutk&#x105; paniki w g&#x142;osie, szarpi&#x105;c bezsilnie metalowe pr&#x119;ty niczym ksi&#x119;&#x17C;niczka uwi&#x119;ziona w wie&#x17C;y.</p>
<p>&quot;Nie wiem&quot; &#x2013; odpowiedzia&#x142;em. &#x2013; &quot;Mo&#x17C;e wyj&#x15B;cie jest z drugiej strony?&quot;</p>
<p>Bo tutaj, w ka&#x17C;dym razie, by&#x142;o wej&#x15B;cie &#x2013; wej&#x15B;cie, z kt&#xF3;rego nie mog&#x142;em skorzysta&#x107;, dop&#xF3;ki zagadka nie zostanie rozwi&#x105;zana. M&#x119;&#x17C;czyzna rozejrza&#x142; si&#x119; wok&#xF3;&#x142;.</p>
<p>&quot;We&#x17A; pan tam zapytaj.&quot;</p>
<p>&quot;Gdzie?&quot;</p>
<p>&quot;No tam, we&#x17A; pan po prostu zapytaj&quot;.</p>
<p>&quot;Nie umie pan czyta&#x107;?!&quot; &#x2013; rozleg&#x142; si&#x119; nagle wrzask z kantorku, a zaraz potem wy&#x142;oni&#x142;a si&#x119; z niego demoniczna kobieta. &#x2013; &quot;Przycisk tam jest, naci&#x15B;nij pan!&quot;</p>
<p>M&#x119;&#x17C;czyzna w przera&#x17C;eniu zacz&#x105;&#x142; szuka&#x107; przycisku.</p>
<p>&quot;Na &#x15B;cianie! Tu&#x17C; przed panem!&quot; &#x2013; Wydawa&#x142;o si&#x119;, &#x17C;e kobieta za chwil&#x119; rzuci si&#x119; na niego z pi&#x119;&#x15B;ciami. &#x2013; &quot;Pisze drukowanymi literami, jak si&#x119; umie czyta&#x107;!&quot;</p>
<p>Pokrzykiwanie najwyra&#x17A;niej nie pomaga&#x142;o w poszukiwaniach przycisku, mimo &#x17C;e &#x2013; jak si&#x119; potem okaza&#x142;o &#x2013; rzeczywi&#x15B;cie znajdowa&#x142; si&#x119; tu&#x17C; przed jego twarz&#x105;. &quot;Drukowanymi literami!&quot;, &quot;Zielony przycisk!&quot; &#x2013; rozlega&#x142;o si&#x119; co chwila. W ko&#x144;cu biedaczyna odnalaz&#x142; go i nacisn&#x105;&#x142; dr&#x17C;&#x105;c&#x105; r&#x119;k&#x105;. Zapali&#x142;o si&#x119; &#x15B;wiate&#x142;ko.</p>
<p>&quot;I co teraz?&quot; &#x2013; spyta&#x142; b&#x142;agalnie.</p>
<p>&quot;I teraz przejd&#x17A; pan! Pisze przecie&#x17C; drukowanymi literami!&quot;</p>
<p>Stra&#x17C;niczka toalet, sapi&#x105;c, znikn&#x119;&#x142;a zn&#xF3;w w kantorku, a m&#x119;&#x17C;czyzna &#x2013; wreszcie wolny &#x2013; pospiesznie si&#x119; oddali&#x142;. Przysz&#x142;a kolej na mnie. Lekko zestresowany, wrzuci&#x142;em do automatu 5 z&#x142;. &#x17B;aden odg&#x142;os ani napis na wy&#x15B;wietlaczu nie poinformowa&#x142; mnie, czy ofiara zosta&#x142;a przyj&#x119;ta, a reszta nie zosta&#x142;a wydana. Zielone &#x15B;wiate&#x142;ko zamiga&#x142;o przez chwil&#x119;, po czym zgas&#x142;o. Z kantorku dobieg&#x142; &#x142;oskot i wiedzia&#x142;em ju&#x17C;, co to oznacza. Przede mn&#x105; znowu zjawi&#x142;a si&#x119; ona. Czerwona na twarzy, stan&#x119;&#x142;a w rozkroku w &#x15B;wietle mrugaj&#x105;cej jarzeni&#xF3;wki i za&#x142;ama&#x142;a r&#x119;ce w nies&#x142;ychanie dramatycznym ge&#x15B;cie.</p>
<p>&quot;No i dlaczego pan nie wszed&#x142;!?&quot; &#x2013; rykn&#x119;&#x142;a.</p>
<p>Ja r&#xF3;wnie&#x17C; zaczerwieni&#x142;em si&#x119;, lecz ze wstydu, pojmuj&#x105;c, &#x17C;e moja szansa na legalne oddanie moczu, podobnie jak moje 5 z&#x142;, przepad&#x142;y zapewne bezpowrotnie.</p>
<p>&quot;Czeka&#x142;em, a&#x17C; wyda mi reszt&#x105;&quot; &#x2013; wyduka&#x142;em przepraszaj&#x105;co.</p>
<p>&quot;Ale przecie&#x17C; tutaj pisze: NIE WYDAJE RESZTY!&quot;</p>
<p>Przelecia&#x142;em wzrokiem po wisz&#x105;cej na &#x15B;cianie d&#x142;ugiej li&#x15B;cie rzeczy, kt&#xF3;rych automat nie robi, pod presj&#x105; nie zrozumiawszy ani s&#x142;owa.</p>
<p>&quot;Nie chce si&#x119; czyta&#x107;&quot; &#x2013; powiedzia&#x142;a gniewnie. &#x2013; &quot;Ale potem to ja mam problem. I to ja musz&#x119; potem ten problem rozwi&#x105;za&#x107;.&quot;</p>
<p>To m&#xF3;wi&#x105;c, aby zademonstrowa&#x107; powag&#x119; problemu, kt&#xF3;rego jej przysporzy&#x142;em, si&#x119;gn&#x119;&#x142;a r&#x119;k&#x105; do wspomnianego ju&#x17C; wy&#x17C;ej przycisku, nacisn&#x119;&#x142;a go i &#x15B;wiate&#x142;ko zapali&#x142;o si&#x119; znowu. Sta&#x142;em pokornie, spodziewaj&#x105;c si&#x119;, &#x17C;e &#xF3;w problem musi mie&#x107; jeszcze jaki&#x15B; dalszy ci&#x105;g. Pani spojrza&#x142;a na mnie w oczekiwaniu.</p>
<p>&quot;No, prosz&#x119;!&quot; &#x2013; warkn&#x119;&#x142;a.</p>
<p>Przeszed&#x142;em przez bramk&#x119;, odetchn&#x105;wszy z ulg&#x105;. Kiedy po minucie wychodzi&#x142;em, kobieta jakby ju&#x17C; och&#x142;on&#x119;&#x142;a. U&#x15B;miechn&#x119;&#x142;a si&#x119; do mnie k&#x105;&#x15B;liwie.</p>
<p>&quot;Technologia trudna, wiem&quot; &#x2013; rzuci&#x142;a mi na odchodnym.</p>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #40 – Obóz letni]]></title><description><![CDATA[<p>Od ponad godziny krajobraz nie zmienia&#x142; si&#x119; wiele. Po lewej stronie drogi, daleko jak okiem si&#x119;gn&#x105;&#x107;, rozci&#x105;ga&#x142;a si&#x119; p&#x142;aska r&#xF3;wnina. &#x141;&#x105;ki i pastwiska, przecinane z rzadka tylko chaszczami i zagajnikami, wydawa&#x142;y</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-40-oboz-letni/</link><guid isPermaLink="false">63adc72348ab2d05b4997385</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Thu, 29 Dec 2022 17:00:58 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<p>Od ponad godziny krajobraz nie zmienia&#x142; si&#x119; wiele. Po lewej stronie drogi, daleko jak okiem si&#x119;gn&#x105;&#x107;, rozci&#x105;ga&#x142;a si&#x119; p&#x142;aska r&#xF3;wnina. &#x141;&#x105;ki i pastwiska, przecinane z rzadka tylko chaszczami i zagajnikami, wydawa&#x142;y si&#x119; zupe&#x142;nie dziewicze. Tylko stadka kr&#xF3;w i koni, kt&#xF3;re co jaki&#x15B; czas pojawia&#x142;y si&#x119; na horyzoncie, przypomina&#x142;y, &#x17C;e w okolicy mieszkaj&#x105; ludzie.</p><p>Po prawej stronie, tu&#x17C; za poboczem autostrady, p&#x142;yn&#x119;&#x142;a rzeka; na drugim jej brzegu r&#xF3;s&#x142; las. Kilka godzin temu, gdy s&#x142;o&#x144;ce wschodzi&#x142;o, przeciwleg&#x142;y brzeg rzeki ledwo dawa&#x142; si&#x119; dostrzec. Z czasem jednak zbli&#x17C;a&#x142; si&#x119; coraz bardziej, rozja&#x15B;nia&#x142; si&#x119; w promieniach poranka, a&#x17C; w ko&#x144;cu da&#x142;o si&#x119; rozr&#xF3;&#x17C;ni&#x107; nie tylko pojedyncze drzewa, lecz tak&#x17C;e smuk&#x142;e czaple, stoj&#x105;ce w&#x15B;r&#xF3;d nurtu z cierpliwo&#x15B;ci&#x105; &#x15B;wi&#x119;tych buddyjskich, lub sarny i daniele, wy&#x142;aniaj&#x105;ce si&#x119; cicho z g&#x119;stwiny by napi&#x107; si&#x119; wody.</p><p>Podczas gdy rzeka stawa&#x142;a si&#x119; w&#x119;&#x17C;sza i w&#x119;&#x17C;sza, las tymczasem pot&#x119;&#x17C;nia&#x142; i nabiera&#x142; mocy, wspina&#x142; si&#x119; wy&#x17C;ej i wy&#x17C;ej, pr&#x119;&#x17C;&#x105;c si&#x119; nieraz skalnymi klifami lub skrz&#x105;c wodospadami, kt&#xF3;re zasila&#x142;y nurt dzi&#x119;ki nieustaj&#x105;cej szczodrobliwo&#x15B;ci g&#xF3;r. &#x141;askawo&#x15B;&#x107; ta, jak wiedzia&#x142;em, bywa&#x142;a jednak z&#x142;udna. W tych stronach sw&#xF3;j zna swego. Ch&#x142;op, co karmi swojego psa z r&#x119;ki, ustrzeli z dubelt&#xF3;wki psa s&#x105;siada, je&#x15B;li ten przypa&#x142;&#x119;ta si&#x119; zbyt blisko. Tak i las &#xF3;w i owe g&#xF3;ry, &#x142;askawe dla swoich, dla obcych by&#x142;y straszne i gniewne.</p><p>Autokar potkn&#x105;&#x142; si&#x119; na koleinie, zawarcza&#x142;, zwolni&#x142; lekko. Przeszed&#x142; mnie dreszcz, gdy wspomnia&#x142;em, co wydarzy&#x142;o si&#x119; tam rok temu. Ob&#xF3;z letni, na kt&#xF3;rym byli&#x15B;my przez miesi&#x105;c, zamieni&#x142; si&#x119; w koszmar, kt&#xF3;ry b&#x119;dzie nas &#x2013; tych, kt&#xF3;rzy prze&#x17C;yli &#x2013; nawiedza&#x142; w snach do ko&#x144;ca &#x17C;ycia. Sceny, kt&#xF3;rych ba&#x142;bym si&#x119; opisa&#x107;, o kt&#xF3;rych (wiem to) nigdy nikomu nie opowiem, bo nie znalaz&#x142;bym s&#x142;&#xF3;w, odgrywaj&#x105; si&#x119; wci&#x105;&#x17C; na nowo przed moimi oczami, gdy tylko zamkn&#x119; powieki. Szczeg&#xF3;lnie teraz, kiedy g&#xF3;ry zn&#xF3;w s&#x105; na wyci&#x105;gni&#x119;cie r&#x119;ki. &quot;Naczelnik obozu wiedzia&#x142; o tym&quot; &#x2013; m&#xF3;wili potem niekt&#xF3;rzy. Pr&#xF3;&#x17C;ne gadanie! Czymkolwiek by&#x142; ten las, cokolwiek go nawiedza&#x142;o &#x2013; naczelnik by&#x142; z tym czym&#x15B; w zmowie; jak&#x105;kolwiek tajemnic&#x119; mia&#x142; las, by&#x142;a ona r&#xF3;wnie&#x17C; tajemnic&#x105; naczelnika; o tym wiedzia&#x142; ka&#x17C;dy w okolicy. A jednak ob&#xF3;z odbywa&#x142; si&#x119; co roku. Co roku nowe twarze: dzieci, nastolatki, m&#x142;odzi ludzie... zje&#x17C;d&#x17C;ali tu, niczego nie &#x15B;wiadomi, z t&#x105; m&#x142;odzie&#x144;cz&#x105; iskierk&#x105; w oku, kt&#xF3;ra powoli gas&#x142;a, a&#x17C; zast&#x119;powa&#x142; j&#x105; gor&#x105;czkowy, zwierz&#x119;cy p&#x142;omie&#x144;. Lecz tak&#x17C;e my, kt&#xF3;rzy wiedzieli&#x15B;my ju&#x17C;, na co si&#x119; piszemy, przecie&#x17C; wracali&#x15B;my zn&#xF3;w. Dlaczego? I dlaczego nikt nic z tym nie zrobi&#x142;?</p><hr><p>Kierowca autokaru poinformowa&#x142; nas, &#x17C;e za kwadrans dojedziemy do miasteczka. By&#x142; to nasz ostatni przystanek na autostradzie: tam mieli&#x15B;my przesi&#x105;&#x15B;&#x107; si&#x119; w &#x142;&#xF3;d&#x17A; i pop&#x142;yn&#x105;&#x107; w g&#xF3;r&#x119; rzeki, zag&#x142;&#x119;bi&#x107; si&#x119; w g&#xF3;rsk&#x105; dolin&#x119;. Tutaj oficjalnie zaczyna&#x142;a si&#x119; przygoda.</p><p>&quot;Pami&#x119;tajcie pa&#x144;stwo o wype&#x142;nieniu formularzy!&quot; &#x2013; doda&#x142; kierowca przez g&#x142;o&#x15B;nik. &#x2013; &quot;Pan naczelnik prosi&#x142; by przypomnie&#x107;, &#x17C;e ka&#x17C;dy z pa&#x144;stwa ma odda&#x107; wszystkie pi&#x119;&#x107; kartek, bez tego nie ma wst&#x119;pu na &#x142;&#xF3;d&#x17A;.&quot;</p><p>Zakl&#x105;&#x142;em pod nosem. Jak zwykle zapomnia&#x142;em wydrukowa&#x107; formularza, gdy by&#x142;a na to pora. Spojrza&#x142;em pytaj&#x105;co na moj&#x105; siostr&#x119;: bez s&#x142;owa wyci&#x105;gn&#x119;&#x142;a teczk&#x119; i pokaza&#x142;a mi pi&#x119;&#x107; wype&#x142;nionych arkuszy. Ona oczywi&#x15B;cie pami&#x119;ta&#x142;a. Pytania w formularzu by&#x142;y dziwne, chwilami wr&#x119;cz niedorzeczne. By&#x142; to rodzaj testu psychologicznego, kt&#xF3;ry co roku by&#x142; inny. Ka&#x17C;dy z pi&#x119;ciu zestaw&#xF3;w dotyczy&#x142; innego tematu i zawiera&#x142; zbi&#xF3;r lu&#x17A;no powi&#x105;zanych pyta&#x144; w stylu &quot;co by&#x15B; zrobi&#x142; gdyby&quot;. Trudno by&#x142;o powiedzie&#x107;, jaki by&#x142; tego sens. Najwyra&#x17A;niej jednak dla naczelnika by&#x142;o to co&#x15B; wa&#x17C;nego. Czy wpu&#x15B;ci mnie bez tego na &#x142;&#xF3;d&#x17A;? Czu&#x142;em nieprzyjemny niepok&#xF3;j, narastaj&#x105;cy w miar&#x119; jak zbli&#x17C;ali&#x15B;my si&#x119; do docelowego postoju. Zbli&#x17C;a&#x142;a si&#x119; godzina osiemnasta i niebo nad g&#xF3;rami powoli ju&#x17C; r&#xF3;&#x17C;owia&#x142;o, kiedy autokar zako&#x142;owa&#x142; w ko&#x144;cu na du&#x17C;ym, pustym parkingu, i zatrzyma&#x142; si&#x119;.</p><p>Wysiada&#x142;em jako jeden z ostatnich. Pogr&#x105;&#x17C;ony w my&#x15B;lach zbli&#x17C;a&#x142;em si&#x119; do drzwi, gdy kierowca szturchn&#x105;&#x142; mnie w rami&#x119;.</p><p>&quot;S&#x142;ysza&#x142;em, &#x17C;e zapomnia&#x142;e&#x15B; formularza?&quot; &#x2013; spyta&#x142;. Zak&#x142;opota&#x142;em si&#x119;.</p><p>&quot;To prawda&quot; &#x2013; odpar&#x142;em. &#x2013; &quot;Mo&#x17C;e naczelnik mi przepu&#x15B;ci... Kto go tam wie.&quot;</p><p>&quot;Nie martw si&#x119;, co roku kilka os&#xF3;b zapomina&quot; &#x2013; kierowca mrugn&#x105;&#x142; do mnie porozumiewawczo i wyci&#x105;gn&#x105;&#x142; ze schowka tekturow&#x105; teczk&#x119;. &#x2013; &quot;Widzisz te pawilony po drugiej stronie ulicy? Le&#x107; tam szybko i skseruj sobie.&quot;</p><p>Poda&#x142; mi teczk&#x119;. Odetchn&#x105;&#x142;em z wielk&#x105; ulg&#x105;.</p><p>&quot;Tam gdzie sklep fotograficzny?&quot; &#x2013; spyta&#x142;em.</p><p>&quot;Dok&#x142;adnie. Fotograf to m&#xF3;j brat, pomagam mu troch&#x119; dorobi&#x107;. To uczciwy cz&#x142;owiek i ci&#x119;&#x17C;ko pracuje... Ale sam widzisz, nie ma tu wiele do roboty w tej mie&#x15B;cinie.&quot;</p><p>Kiwn&#x105;&#x142;em g&#x142;ow&#x105; z podzi&#x119;kowaniem i wysiad&#x142;em z autobusu.</p><hr><p>Po drugiej stronie parkingu, szereg zszarza&#x142;ych, ma&#x142;omiasteczkowych sklepik&#xF3;w i pawilon&#xF3;w afiszowa&#x142; si&#x119; d&#x17C;ungl&#x105; szyld&#xF3;w i reklam. Kolorowe napisy og&#x142;asza&#x142;y warzywniak, promocj&#x119; garnitur&#xF3;w &#x15B;lubnych, obok sklep spo&#x17C;ywczo-chemiczny, gabinet stomatologiczny, poni&#x17C;ej obni&#x17C;ka bielizny damskiej tu&#x17C; przy wypo&#x17C;yczalni kaset wideo, a&#x17C; w ko&#x144;cu sklep fotograficzny z wielkim banerem XERO, a tak&#x17C;e poka&#x17A;nym plakatem, przedstawiaj&#x105;cym szereg portret&#xF3;w trumiennych. Spiesz&#x105;c si&#x119; by zd&#x105;&#x17C;y&#x107; przed osiemnast&#x105;, wszed&#x142;em w pierwsze drzwi kt&#xF3;re wydawa&#x142;y mi si&#x119; odpowiada&#x107; napisowi XERO.</p><p>Znalaz&#x142;em si&#x119; w niewielkim, pustym biurze, o&#x15B;wietlonym jarzeni&#xF3;wk&#x105;. Sta&#x142;o tu biurko ze staro&#x15B;wieckim komputerem, stert&#x105; papier&#xF3;w i kalendarzem porno. Nie by&#x142;o jednak nikogo. Drzwi w g&#x142;&#x119;bi, prowadz&#x105;ce do drugiego pomieszczenia, by&#x142;y uchylone i wydobywa&#x142;o si&#x119; zza nich jaskrawe &#x15B;wiat&#x142;o. Kto&#x15B; j&#x119;kn&#x105;&#x142; bole&#x15B;nie i przestraszy&#x142; mnie &#x142;omot spadaj&#x105;cego na ziemi&#x119; ci&#x119;&#x17C;kiego przedmiotu.</p><p>&quot;Nie ruszamy g&#x142;&#xF3;weczk&#x105;&quot; &#x2013; warkn&#x105;&#x142; zirytowany g&#x142;os.</p><p>To musi by&#x107; gabinet stomatologiczny, pomy&#x15B;la&#x142;em, wychodz&#x105;c po cichu, by nie zwr&#xF3;ci&#x107; na siebie uwagi.</p><p>Odleg&#x142;y d&#x17A;wi&#x119;k ko&#x15B;cielnego dzwonu uzmys&#x142;owi&#x142; mi, &#x17C;e min&#x119;&#x142;a sz&#xF3;sta. Gdy znalaz&#x142;em si&#x119; z powrotem na ulicy, cz&#x119;&#x15B;&#x107; szyld&#xF3;w i porozstawianych uprzednio na chodniku stojak&#xF3;w znikn&#x119;&#x142;a &#x2013; najwyra&#x17A;niej sklepy zacz&#x119;&#x142;y si&#x119; zamyka&#x107;. Zakl&#x105;&#x142;em pod nosem, zaniepokojony, &#x17C;e nawet pomoc uczynnego kierowcy autokaru mo&#x17C;e nie zda&#x107; si&#x119; na nic, i tym razem moja &#x15B;lamazarno&#x15B;&#x107; mo&#x17C;e mnie drogo kosztowa&#x107;. W po&#x15B;piechu wpad&#x142;em w nast&#x119;pne wej&#x15B;cie, kt&#xF3;re tym razem musia&#x142;o prowadzi&#x107; do sklepu fotograficznego. Nie bacz&#x105;c na tabliczk&#x119; &quot;zamkni&#x119;t&#x119;&quot;, nacisn&#x105;&#x142;em klamk&#x119; i wszed&#x142;em do &#x15B;rodka.</p><p>Gdy znalaz&#x142;em si&#x119; wewn&#x105;trz, uderzy&#x142; mnie smr&#xF3;d ple&#x15B;ni i fala piwnicznego ch&#x142;odu. Powoli przyzwyczajaj&#x105;c si&#x119; do s&#x142;abego &#x15B;wiat&#x142;a, stwierdzi&#x142;em, &#x17C;e rozk&#x142;ad wn&#x119;trza by&#x142; identyczny jak w domniemanym gabinecie lekarskim. Pomieszczenie by&#x142;o jednak ciemniejsze i bardziej ponure. Jedynym &#x17A;r&#xF3;d&#x142;em &#x15B;wiat&#x142;a by&#x142;a zn&#xF3;w s&#x142;abiutka jarzeni&#xF3;wka, poza tym przedsionek by&#x142; ca&#x142;kowicie pozbawiony mebli. Pod&#x142;oga by&#x142;a z go&#x142;ego betonu, a obdrapane &#x15B;ciany poci&#x105;gni&#x119;te by&#x142;y &#x142;uszcz&#x105;c&#x105; si&#x119; musztardow&#x105; farb&#x105; olejn&#x105;. Nagle dobieg&#x142; mnie st&#x142;umiony odg&#x142;os rozmowy. Spojrza&#x142;em w stron&#x119;, gdzie spodziewa&#x142;em si&#x119; drzwi do drugiego pomieszenia, i zamar&#x142;em w zdumieniu.</p><hr><p>Drzwi nie by&#x142;o, a pusta rama framugi ods&#x142;ania&#x142;a przede mn&#x105; fragment pokoju w g&#x142;&#x119;bi. Wydawa&#x142; si&#x119; r&#xF3;wnie niego&#x15B;cinny jak przedsionek: brudny, zakurzony beton pod&#x142;ogi i &#x15B;cian o&#x15B;wietlony by&#x142; chybotliwym &#x15B;wiat&#x142;em powieszonej gdzie&#x15B; u powa&#x142;y lampy. G&#x142;osy rozmowy zdradza&#x142;y obecno&#x15B;&#x107; przynajmniej dw&#xF3;ch m&#x119;&#x17C;czyzn, niewidocznych z miejsca, gdzie sta&#x142;em. Na wskro&#x15B; przej&#x15B;cia za&#x15B;, dok&#x142;adnie na przeciwko mnie, kuca&#x142;a przy &#x15B;cianie dziewczyna.</p><p>W pierwszej chwili trudno by&#x142;o mi zrozumie&#x107; niespodziewan&#x105;, jakby pokraczn&#x105; pozycj&#x119;, w jakiej si&#x119; znajdowa&#x142;a &#x2013; zwr&#xF3;cona ty&#x142;em do &#x15B;ciany, z opuszczon&#x105; g&#x142;ow&#x105; i r&#x119;kami wyci&#x105;gni&#x119;tymi ku przodowi. Zauwa&#x17C;y&#x142;em, &#x17C;e by&#x142;a bardzo chuda; mia&#x142;a rude, rozczochrane, niechlujnie spi&#x119;te w&#x142;osy, dosy&#x107; brzydk&#x105; twarz, a ubrana by&#x142;a w &#x142;achmany, wygl&#x105;daj&#x105;ce jakby kto&#x15B; zszy&#x142; je ze szmat. Nasze oczy spotka&#x142;y si&#x119; nagle. Spojrza&#x142;a na mnie przenikliwie i zacz&#x119;&#x142;a wstawa&#x107;, jak gdybym przy&#x142;apa&#x142; j&#x105; na czym&#x15B; nieodpowiednim. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wygl&#x105;da&#x142;a jednak na przestraszon&#x105; ani zbit&#x105; z tropu; przeciwnie, wstawa&#x142;a powoli i spokojnie, ostentacyjnie niespeszona, wci&#x105;&#x17C; patrz&#x105;c mi w oczy, a na jej twarzy pojawi&#x142; si&#x119; nawet przelotny, &#x142;obuzerski u&#x15B;miech. W tej chwili dopiero dostrzeg&#x142;em, &#x17C;e mia&#x142;a opuszczone rajtuzy i majtki, kt&#xF3;re zacz&#x119;&#x142;a bez po&#x15B;piechu podci&#x105;ga&#x107;. W miejscu, gdzie przed chwil&#x105; kuca&#x142;a, zobaczy&#x142;em ka&#x142;u&#x17C;&#x119;, a dalej pod&#x142;u&#x17C;ny, mokry &#x15B;lad na &#x15B;cianie.</p><p>Ta groteskowa i niezrozumia&#x142;a scena powinna by&#x142;a da&#x107; mi do my&#x15B;lenia, lecz by&#x142;em zbyt rozkojarzony, by doceni&#x107; jej dziwaczno&#x15B;&#x107;. Post&#x105;pi&#x142;em kilka krok&#xF3;w naprz&#xF3;d i stan&#x105;&#x142;em w przej&#x15B;ciu. Niczym wyrywaj&#x105;cy si&#x119; z hipnozy pacjent, przerwa&#x142;em w ko&#x144;cu kontakt wzrokowy z dziewczyn&#x105; i rozejrza&#x142;em si&#x119; wok&#xF3;&#x142;. Pomieszczenie okaza&#x142;o si&#x119; do&#x15B;&#x107; obszerne, a dalsze jego k&#x105;ty ton&#x119;&#x142;y w p&#xF3;&#x142;mroku. Po mojej prawej ujrza&#x142;em dw&#xF3;ch m&#x119;&#x17C;czyzn w &#x15B;rednim wieku, ubranych w szare znoszone marynarki, o twarzach poro&#x15B;ni&#x119;tych szpakowat&#x105; szczecin&#x105;. Sytuacja wydawa&#x142;a si&#x119; napi&#x119;ta i intuicyjnie wyczu&#x142;em dziwn&#x105; dynamik&#x119; &#x142;&#x105;cz&#x105;c&#x105; troje obecnych. Dwaj m&#x119;&#x17C;czy&#x17A;ni stali rami&#x119; w rami&#x119;, blisko dziewczyny, g&#xF3;ruj&#x105;c nad ni&#x105; w pozycji pewno&#x15B;ci siebie i w&#x142;adzy, z za&#x142;o&#x17C;onymi na piersi r&#x119;koma i rozstawionymi nogami.</p><p>Gdy mnie zobaczyli, umilkli na moment i zastygli w bezruchu. Jeden z nich, wyra&#x17A;nie podenerwowany, cofn&#x105;&#x142; si&#x119; o krok i z wahaniem spogl&#x105;da&#x142; to na mnie, to na dziewczyn&#x119;. Drgaj&#x105;ce mi&#x119;&#x15B;nie na nieogolonej twarzy zdradza&#x142;y skupienie, a mo&#x17C;e z&#x142;o&#x15B;&#x107;. Dostrzeg&#x142;em te&#x17C; pude&#x142;ko z kliszami wystaj&#x105;ce z kieszeni jego marynarki &#x2013; musia&#x142; by&#x107; to w&#x142;a&#x15B;ciciel zak&#x142;adu fotograficznego.</p><p>Drugi zaskakuj&#x105;co ma&#x142;o przej&#x105;&#x142; si&#x119; moj&#x105; obecno&#x15B;ci&#x105; i kontynuowa&#x142; p&#xF3;&#x142;g&#x142;osem. Trudno by&#x142;o mi zrozumie&#x107;, o czym m&#xF3;wi&#x142;, zwraca&#x142; si&#x119; jednak do dziewczyny karc&#x105;cym tonem, m&#xF3;wi&#x142; co&#x15B; poni&#x17C;aj&#x105;cego o niej i o jej siostrach. &quot;I jak ci ka&#x17C;&#x119; robi&#x107; to czy tamto, to b&#x119;dziesz to robi&#x107;, bo jeste&#x15B; mi winna&quot; - wspomnia&#x142;. Urwa&#x142; w ko&#x144;cu wp&#xF3;&#x142; zdania, zdezorientowany tym, &#x17C;e wci&#x105;&#x17C; tu jestem.</p><p>Dziewczyna tymczasem wydawa&#x142;a si&#x119; z nich wszystkich najspokojniejsza. Sta&#x142;a pos&#x142;usznie ze spuszczon&#x105; g&#x142;ow&#x105;, jak pies wys&#x142;uchuj&#x105;cy napomnie&#x144;, ale u&#x15B;miecha&#x142;a si&#x119; czasem przekornie i bez cienia szacunku. Pomy&#x15B;la&#x142;em, &#x17C;e ten u&#x15B;miech by&#x142; uroczy i ujmuj&#x105;cy, a nawet seksowny w swej bezczelno&#x15B;ci. Przesz&#x142;a mi przez g&#x142;ow&#x119; cudaczna my&#x15B;l, &#x17C;e to ci dwaj musieli zmusi&#x107; j&#x105;, by sika&#x142;a przy nich na pod&#x142;og&#x119;. Mo&#x17C;e ich to podnieca&#x142;o, a mo&#x17C;e chcieli j&#x105; poni&#x17C;y&#x107;.</p><p>Zreflektowa&#x142;em si&#x119; w ko&#x144;cu.</p><p>&quot;Przepraszam najmocniej&quot; &#x2013; wyduka&#x142;em. Wszyscy troje spojrzeli na mnie wyczekuj&#x105;co. Zdawa&#x142;em sobie spraw&#x119;, &#x17C;e by&#x142;em &#x15B;wiadkiem czego&#x15B;, czego nie powinienem by&#x142; widzie&#x107;. Skoro jednak dokona&#x142;em wtargni&#x119;cia i zobaczy&#x142;em ju&#x17C; co zobaczy&#x142;em, a nikt jak dot&#x105;d mnie nie &#x17C;gn&#x105;&#x142; pod &#x17C;ebro, postanowi&#x142;em za&#x142;atwi&#x107; swoj&#x105; spraw&#x119;.</p><p>&quot;Widz&#x119;, &#x17C;e prowadzicie pa&#x144;stwo prywatne kwestie, interesy... Najmocniej przepraszam za naj&#x15B;cie, chcia&#x142;bym tylko spyta&#x107;.&quot;</p><p>&quot;Co pan chcesz?&quot;</p><p>&quot;Chcia&#x142;bym tylko... skserowa&#x107;...&quot; &#x2013; wyci&#x105;gn&#x105;&#x142;em z teczki pi&#x119;&#x107; kartek formularza.</p><p>Fotograf parskn&#x105;&#x142; lekcewa&#x17C;&#x105;co, bior&#x105;c ode mnie papiery i obrzucaj&#x105;c je szybkim spojrzeniem. Poda&#x142; je dziewczynie.</p><p>&quot;Masz, lafiryndo, ty mu skseruj&quot; &#x2013; rzuci&#x142; &#x2013; &quot;Skoro&#x15B; sama te bzdury pisa&#x142;a.&quot;</p><p>Zdumia&#x142;em si&#x119;.</p><p>&quot;Nie sama. Z siostrami.&quot;</p><p>&quot;Ty i te twoje siostry &#x142;achmaniary&quot; &#x2013; &#x17C;achn&#x105;&#x142; si&#x119; fotograf. &#x2013; &quot;Ty wiesz, jak je tu zw&#x105;?&quot; &#x2013; zwr&#xF3;ci&#x142; si&#x119; do mnie. &#x2013; &quot;Jako te pi&#x119;&#x107; gatunk&#xF3;w larw, paso&#x17C;yt&#xF3;w jakich&#x15B; greckich czy ruskich.&quot;</p><p>&quot;Jakich larw?&quot; &#x2013; spyta&#x142;em skonfundowany.</p><p>&quot;Synku, pi&#x119;&#x107; jest larw jakich&#x15B;, co je znale&#x17A;li w jakiej&#x15B; dziurze.&quot;</p><p>&quot;Naukowcy&quot; &#x2013; doda&#x142; drugi m&#x119;&#x17C;czyzna.</p><p>&quot;Naukowcy, znale&#x17A;li je w dziurze, &#x17C;e nowe gatunki, rozumiesz? Ka&#x17C;da ma inny kolor, i ka&#x17C;d&#x105; przezwali jak jedn&#x105; z onych si&#xF3;str pi&#x119;ciu z jakiej&#x15B; greckiej tragedii. Wygoogluj sobie.&quot;</p><p>&quot;Z Dostojewskiego&quot; &#x2013; wtr&#x105;ci&#x142;a si&#x119; dziewczyna.</p><p>&quot;Co?&quot;</p><p>&quot;Nie z greckiej tragedii.&quot;</p><p>&quot;Jeden pies. A ty stul pysk. Ty&#x15B; widzia&#x142;a tragedi&#x119;. No i wystaw sobie&quot; &#x2013; m&#xF3;wi dalej &#x2013; &quot;Synek jaki&#x15B; tutaj na wiosce wyczyta&#x142; o tych parszywcach i my&#x15B;li sobie: tych pi&#x119;&#x107;, i tych dziewuch tu na wiosce te&#x17C; pi&#x119;&#x107;, co si&#x119; szw&#x119;daj&#x105; i pipc&#x105; jak nawiedzione.&quot;</p><p>&quot;Ty&#x15B; nawiedziony&quot; &#x2013; parskn&#x119;&#x142;a dziewczyna.</p><p>&quot;A ty stul pysk lepiej. No i my&#x15B;li sobie tak... Co to ja m&#xF3;wi&#x142;em? A, no wi&#x119;c my&#x15B;li sobie jaki&#x15B; synek...&quot;</p><p>Dziewczyna za&#x15B;mia&#x142;a si&#x119; bezczelnie, drapi&#x105;c si&#x119; po zadku.</p><p>&quot;...coby tak je tu teraz nazwa&#x107; od tych larw. I tak si&#x119; ju&#x17C; przyj&#x119;&#x142;o. Ka&#x17C;da jedn&#x105; larw&#x105; jest nazwana po &#x142;aci&#x144;sku, ja tam nie spami&#x119;tam, ale dzieciarnia pami&#x119;ta kt&#xF3;ra jaka. A te pi&#x119;&#x107; papier&#xF3;w, co&#x15B; je przyni&#xF3;s&#x142;, to one w&#x142;a&#x15B;nie napisa&#x142;y, &#x17C;eby ludziom w g&#x142;owach zawraca&#x107;. Ot ca&#x142;a historia.&quot;</p><p>&quot;A to pani zna naczelnika kampingu?&quot; &#x2013; spyta&#x142;em.</p><p>&quot;Znam las&quot; &#x2013; odpowiedzia&#x142;a dziewczyna tajemniczo.</p><p>&quot;Wystarczy gadania, trzeba zamkn&#x105;&#x107; zak&#x142;ad&quot; &#x2013; uci&#x105;&#x142; fotograf. &#x2013; &quot;Daj te papiery, odbij&#x119; ci i won. A ty te&#x17C; won!&quot; &#x2013; rozkaza&#x142; dziewczynie, kt&#xF3;ra wzruszy&#x142;a ramionami i wysz&#x142;a.</p><p>G&#x142;owa spuch&#x142;a mi od setki pyta&#x144;, kt&#xF3;re chcia&#x142;em jej zada&#x107;. O co w tym wszystkim chodzi? C&#xF3;&#x17C; te siostry maj&#x105; wsp&#xF3;lnego z kampingiem, co maj&#x105; wsp&#xF3;lnego z lasem? Dlaczego naczelnik ka&#x17C;e nam wype&#x142;nia&#x107; formularze, kt&#xF3;re one uk&#x142;ada&#x142;y? Wystraszony i podekscytowany, czeka&#x142;em w napi&#x119;ciu, a&#x17C; stara maszyna do ksero sko&#x144;czy wypluwa&#x107; z siebie kopi&#x119; kwestionariusza. Wymamrota&#x142;em w ko&#x144;cu podzi&#x119;kowanie, rzuci&#x142;em fotografowi pi&#x105;taka, i wybieg&#x142;em na zewn&#x105;trz, licz&#x105;c, &#x17C;e dziewczyna wci&#x105;&#x17C; tam b&#x119;dzie.</p><p>Parking by&#x142; pusty.</p>]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #39 – W górach szaleństwa]]></title><description><![CDATA[<p>Z przyjemno&#x15B;ci&#x105;, ca&#x142;ym cia&#x142;em odczuwa&#x142;em wysi&#x142;ek maszyny wspinaj&#x105;cej si&#x119; wolno po kamienistej drodze. Ka&#x17C;de dr&#x17C;enie i podskok, ka&#x17C;dy zgrzyt, warkot, chrupanie mia&#x17C;d&#x17C;onego &#x17C;wiru i p&</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-39-w-gorach-szalenstwa/</link><guid isPermaLink="false">638e745d48ab2d05b4997362</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Tue, 06 Dec 2022 16:15:58 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<p>Z przyjemno&#x15B;ci&#x105;, ca&#x142;ym cia&#x142;em odczuwa&#x142;em wysi&#x142;ek maszyny wspinaj&#x105;cej si&#x119; wolno po kamienistej drodze. Ka&#x17C;de dr&#x17C;enie i podskok, ka&#x17C;dy zgrzyt, warkot, chrupanie mia&#x17C;d&#x17C;onego &#x17C;wiru i p&#x119;kaj&#x105;cych grud ziemi, wype&#x142;nia&#x142;y mnie ekscytacj&#x105;. Zdrowo zm&#x119;czona, poc&#x105;ca si&#x119; maszyna ma w sobie co&#x15B; bardziej jeszcze realnego ni&#x17C; poc&#x105;cy si&#x119; cz&#x142;owiek. Na codzie&#x144; bowiem, je&#x15B;li biegn&#x119; ulic&#x105;, je&#x15B;li nawet deszcz pada na mnie, ch&#x142;&#xF3;d przenika przez ubranie i przesuwa si&#x119; po mnie ca&#x142;ym, rozdeptane b&#x142;oto ucieka podst&#x119;pnie spod moich but&#xF3;w, a niecierpliwy turysta wykrzykuje co&#x15B; do mnie &#x2013; s&#x142;owem: je&#x15B;li staram si&#x119; dotkn&#x105;&#x107; rzeczywisto&#x15B;ci tak bardzo, jak to mo&#x17C;liwe na moim osiedlu &#x2013; to wiem przecie&#x17C;, &#x17C;e te same czynno&#x15B;ci maszyna wykona&#x142;aby &#x142;atwo i z pe&#x142;n&#x105; oboj&#x119;tno&#x15B;ci&#x105;.</p><p>Na wzg&#xF3;rzach ju&#x17C; tak nie jest. Tutaj, nawet siedz&#x105;c na tylnym siedzeniu, za ka&#x17C;dym razem gdy opona potyka si&#x119; o wyb&#xF3;j, czujesz jak praca twoich mi&#x119;&#x15B;ni wsp&#xF3;&#x142;gra z prac&#x105; silnika. Zm&#x119;czony ryk samochodu, sun&#x105;cego z b&#xF3;lem, metr za metrem, powoli i przerywanie, zdaje si&#x119; m&#xF3;wi&#x107; do ciebie: &quot;Teraz w ko&#x144;cu rozumiem, jak czujesz si&#x119; na codzie&#x144;&quot;. Dlatego w&#x142;a&#x15B;nie tak kocha&#x142;em te wzg&#xF3;rza, pojawiaj&#x105;ce si&#x119; i nikn&#x105;ce za oknem jak fale sztormowe dziwnego, monumentalnego oceanu, ogromnego i powolnego jak tytan. Tumany kurzu, obudzone przez ko&#x142;a pojazdu, wznosi&#x142;y si&#x119; ku niebu niczym kadzid&#x142;a w &#x15B;wi&#x105;tyni S&#x142;o&#x144;ca, pra&#x17C;&#x105;cego poorane zagony. Tak przedstawia&#x142;y mi si&#x119; tego dnia G&#xF3;ry &#x15A;wi&#x119;tokrzyskie.</p><p>Jak &#x142;atwo sobie wyobrazi&#x107;, podr&#xF3;&#x17C; samochodem po Ziemi Kieleckiej by&#x142;a dla mnie przygod&#x105; sama w sobie. Tego dnia czeka&#x142;o mnie jednak co&#x15B; wi&#x119;cej ni&#x17C; zwyk&#x142;a wycieczka: by&#x142;a to wyprawa, kt&#xF3;rej cel by&#x142; niejasny, trasa za&#x15B; nieznana.</p><p>Jechali&#x15B;my ca&#x142;&#x105; rodzin&#x105;, aby sp&#x119;dzi&#x107; tydzie&#x144; w urokliwym pensjonacie w&#x15B;r&#xF3;d g&#xF3;r. Miejsce to znane nam by&#x142;o ze s&#x142;yszenia: dalecy znajomi opowiadali, &#x17C;e gdzie&#x15B; tam, kto&#x15B; by&#x142; tam na wczasach, sp&#x119;dzi&#x142; czas pe&#x142;en wra&#x17C;e&#x144;, wr&#xF3;ci&#x142; odmieniony. Czy na lepsze? Tego nie wiadomo. W&#x142;a&#x15B;ciciel o&#x15B;rodka by&#x142; pono&#x107; kiedy&#x15B; cyrkowcem, zanim straci&#x142; prac&#x119;, stoczy&#x142; si&#x119;, zacz&#x105;&#x142; pi&#x107;. Pensjonat wci&#x105;&#x17C; przynosi&#x142; doch&#xF3;d (z uwagi, jak m&#xF3;wi&#x105;, na doskona&#x142;e po&#x142;o&#x17C;enie i przyst&#x119;pne ceny), zyska&#x142; jednak z&#x142;&#x105; s&#x142;aw&#x119; i szepta&#x142;o si&#x119;, &#x17C;e jest nawiedzony. Wreszcie &#x2013; czy to na skutek zaniedbania, kl&#x105;twy, czy zr&#x119;cznego marketingu &#x2013; nie by&#x142;o go na mapach, a jedynym sposobem, by do&#x144; trafi&#x107;, by&#x142;o kierowanie si&#x119; intuicj&#x105;. Wszystko to razem rozbudza&#x142;o wyobra&#x17A;ni&#x119; i zapowiada&#x142;o ekscytuj&#x105;cy urlop.</p><p>Po wielu godzinach kr&#x105;&#x17C;enia, testowania niewczesnych hipotez i rozpytywania wyl&#x119;knionych tubylc&#xF3;w, trafili&#x15B;my w ko&#x144;cu na miejsce. Stary Mercedes dziadka wspi&#x105;&#x142; si&#x119;, sapi&#x105;c, po polnej drodze na szczyt wzg&#xF3;rza, a oczom naszym ukaza&#x142; si&#x119; dom wczasowy. Na przek&#xF3;r naszym nie&#x15B;mia&#x142;ym oczekiwaniom, nie by&#x142; to bynajmniej zamek, ani nawet zrujnowany pa&#x142;ac. Solidna betonowa konstrukcja przypomina&#x142;a raczej szko&#x142;&#x119; z czas&#xF3;w Polski Ludowej, skromn&#x105; i bezpretensjonaln&#x105;. Zamiast demonicznego &#x15B;miechu, przywita&#x142; nas mokry kaszel, zako&#x144;czony niepokoj&#x105;cym charchotem. Nasz gospodarz sta&#x142; w drzwiach.</p><p>&quot;Witam, moi kochani&quot; &#x2013; wymamrota&#x142; spod siwo&#x17C;&#xF3;&#x142;tego w&#x105;sa, wychodz&#x105;c nam na przeciw. By&#x142; to m&#x119;&#x17C;czyzna oko&#x142;o lat siedemdziesi&#x119;ciu, trzymaj&#x105;cy si&#x119; &#x15B;rednio, i wygl&#x105;daj&#x105;cy do&#x15B;&#x107; podejrzanie. Zaprowadzi&#x142; nas do holu, gdzie bez zb&#x119;dnych wst&#x119;p&#xF3;w przekaza&#x142; nam klucze. Nim oddali&#x142; si&#x119; do swojego kantorku, powi&#xF3;d&#x142; po nas tylko ponurym spojrzeniem i rzek&#x142; tajemniczo:</p><p>&quot;Cisza nocna o dwudziestej. I radz&#x119; nie w&#x142;&#xF3;czy&#x107; si&#x119; po zmroku... Szczeg&#xF3;lnie po zachodnim skrzydle.&quot;</p><p>Rada ta rozkosznie zmrozi&#x142;a mi krew w &#x17C;y&#x142;ach.</p><hr><p>Nie musz&#x119; chyba dodawa&#x107;, &#x17C;e ju&#x17C; pierwszej nocy postanowi&#x142;em w&#x142;&#xF3;czy&#x107; si&#x119; po zmroku. Szczeg&#xF3;lnie zainteresowany by&#x142;em zachodnim skrzyd&#x142;em, rozmy&#x15B;laj&#x105;c wci&#x105;&#x17C; o tym, co mo&#x17C;e ono skrywa&#x107;. Dotarcie do niego okaza&#x142;o si&#x119; jednak do&#x15B;&#x107; trudne &#x2013; budynek poprzedzielany by&#x142; mn&#xF3;stwem drzwi. Ca&#x142;e ich tuziny, poustawiane bezsensownie w poprzek korytarzy jak &#x15B;luzy na &#x142;odzi podwodnej, utrudnia&#x142;y przemieszczanie si&#x119;, a nawet orientacj&#x119; przestrzenn&#x105;. Niekt&#xF3;re zamkni&#x119;te by&#x142;y na klucz, inne otwiera&#x142;y si&#x119; czasem, a czasem nie, zale&#x17C;nie od widzimisi&#x119;. Nie znalaz&#x142;szy nic ciekawego, musia&#x142;em w ko&#x144;cu wr&#xF3;ci&#x107; do siebie, by zdrzemn&#x105;&#x107; si&#x119; cho&#x107; na chwil&#x119; przed &#x15B;niadaniem.</p><p>Nie da&#x142;em &#x142;atwo za wygran&#x105;, i przez kilka kolejnych nocy ponawia&#x142;em pr&#xF3;by odnalezienia zachodniego skrzyd&#x142;a. Podczas tych w&#x119;dr&#xF3;wek dom wczasowy ods&#x142;oni&#x142; przede mn&#x105; cz&#x119;&#x15B;&#x107; swych sekret&#xF3;w. Poza nami, jak si&#x119; okaza&#x142;o, mieszka&#x142;o tam sporo ludzi. W wi&#x119;kszo&#x15B;ci byli bardzo starzy i w ci&#x105;gu dnia prawie ich nie widywali&#x15B;my. Po zmroku wychodzili jednak ze swych pokoj&#xF3;w i w&#x142;&#xF3;czyli si&#x119;, zdawa&#x107; by si&#x119; mog&#x142;o &#x2013; bez celu, odbywaj&#x105;c swoje starcze spacery wzd&#x142;u&#x17C; ciemnych korytarzy. Szybko zauwa&#x17C;y&#x142;em, &#x17C;e dobrze znali topografi&#x119; budynku, wiedzieli te&#x17C;, kt&#xF3;re drzwi s&#x105; otwarte i kiedy. Ich trasy spacerowe by&#x142;y rozmaite, by&#x142;y jednak miejsca, do kt&#xF3;rych nie zapuszczali si&#x119; nigdy. Kiedy widzieli, &#x17C;e zmierzam w te strony, kr&#x119;cili g&#x142;owami ze &#x17A;le ukrywan&#x105; dezaprobat&#x105;. Dzi&#x119;ki tym w&#x142;a&#x15B;nie wskaz&#xF3;wkom odkry&#x142;em wreszcie, gdzie znajdowa&#x142;o si&#x119; zachodnie skrzyd&#x142;o.</p><p>Gdy dotar&#x142;em do niego, zosta&#x142;em sam. Szuranie starczych pantofli pozosta&#x142;o za mn&#x105;, a jego miejsce zaj&#x119;&#x142;a pulsuj&#x105;ca w uszach cisza. Szed&#x142;em powoli naprz&#xF3;d w&#x15B;r&#xF3;d g&#x119;stej ciemno&#x15B;ci, i mimo ca&#x142;ej nabrzmia&#x142;ej przez kilka dni ciekawo&#x15B;ci poczu&#x142;em w ko&#x144;cu, jak dziwny strach zal&#x119;g&#x142; mi si&#x119; w brzuchu, przyspieszaj&#x105;c bicie serca. Wiedzia&#x142;em teraz, &#x17C;e przede mn&#x105; znajduje si&#x119; <strong>co&#x15B;</strong>, bo st&#x105;panie przez mrok, grz&#x105;ski jak torfowisko, kosztowa&#x142;o mnie coraz wi&#x119;cej wysi&#x142;ku z ka&#x17C;dym krokiem. Dlatego nie zdziwi&#x142;em si&#x119;, kiedy przede mn&#x105; jedne z drzwi uchyli&#x142;y si&#x119; lekko, roz&#x15B;wietlaj&#x105;c korytarz wi&#x105;zk&#x105; trupiego &#x15B;wiat&#x142;a.</p><p>By&#x107; mo&#x17C;e w tej chwili my&#x15B;la&#x142;em jeszcze o tym, aby przez nie przej&#x15B;&#x107;, zaraz jednak ca&#x142;a moja odwaga mnie opu&#x15B;ci&#x142;a, a umys&#x142; rozpu&#x15B;ci&#x142; si&#x119; w nag&#x142;ym przera&#x17C;eniu. Drzwi otworzy&#x142;y si&#x119; szerzej, a w md&#x142;ej po&#x15B;wiacie ujrza&#x142;em cie&#x144; czego&#x15B;, czego nie zapomn&#x119; do ko&#x144;ca &#x17C;ycia. By&#x142; to potw&#xF3;r nie przypominaj&#x105;cy &#x17C;adnego znanego nauce stworzenia, wielki jak kombajn, lecz zarazem pokraczny, jakby nieudany, nieszcz&#x119;&#x15B;liwy i pogubiony w swej ohydzie. Gdy wydoby&#x142; z siebie &#x17C;a&#x142;osny ryk, rzuci&#x142;em si&#x119; do panicznej ucieczki.</p><hr><p>Niewiele jad&#x142;em nast&#x119;pnego dnia i nie mog&#x142;em si&#x119; skupi&#x107; na grze w bryd&#x17C;a. Ba&#x142;em si&#x119; wspomnie&#x107; rodzinie o mojej przygodzie, przypuszczaj&#x105;c, &#x17C;e pos&#x105;dz&#x105; mnie o ob&#x142;&#x119;d. Nie by&#x142;em wcale pewien, czy nie mieliby s&#x142;uszno&#x15B;ci &#x2013; czu&#x142;em, &#x17C;e rodzi&#x142;o si&#x119; we mnie szale&#x144;stwo, nie potrafi&#x142;em jednak wyrzuci&#x107; z my&#x15B;li tego, co zobaczy&#x142;em. Zbli&#x17C;a&#x142;a si&#x119; ostatnia noc naszego pobytu, postanowi&#x142;em wi&#x119;c wr&#xF3;ci&#x107; do zachodniego skrzyd&#x142;a, gdy tylko zajdzie s&#x142;o&#x144;ce.</p><p>Po godzinie dwudziestej, gdy moja rodzina pos&#x142;usznie zamkn&#x119;&#x142;a si&#x119; w swych pokojach, ja wymkn&#x105;&#x142;em si&#x119; cicho. Znaj&#x105;c ju&#x17C; dobrze drog&#x119;, szybko przebiega&#x142;em korytarzami, nie zwa&#x17C;aj&#x105;c na oceniaj&#x105;ce spojrzenia staruszk&#xF3;w i ich trz&#x119;s&#x105;ce si&#x119; d&#x142;onie, gro&#x17C;&#x105;ce mi pomarszczonymi palcami. Po jakim&#x15B; czasie zn&#xF3;w znalaz&#x142;em si&#x119; sam &#x2013; a przynajmniej tak mi si&#x119; zdawa&#x142;o &#x2013; w zachodnim skrzydle. W ca&#x142;kowitej ciemno&#x15B;ci nie spos&#xF3;b by&#x142;o odr&#xF3;&#x17C;ni&#x107;, kt&#xF3;re to drzwi zaskoczy&#x142;y mnie wczoraj, stara&#x142;em si&#x119; wi&#x119;c st&#x105;pa&#x107; ostro&#x17C;nie, by nie da&#x107; si&#x119; nastraszy&#x107;. Niestety, tak jak poprzednim razem, z&#x142;udzenie odwagi nie przetrwa&#x142;o nawet pierwszej pr&#xF3;by. Strach sparali&#x17C;owa&#x142; mnie ca&#x142;kiem, gdy us&#x142;ysza&#x142;em ciche skrzypienie zawias&#xF3;w &#x2013; tym razem nie przede mn&#x105;, a za mn&#x105;, zamykaj&#x105;c mi drog&#x119; ucieczki. Boj&#x105;c si&#x119; nawet spojrze&#x107; w kierunku, sk&#x105;d s&#x105;czy&#x142;o si&#x119; zielonkawe &#x15B;wiat&#x142;o, desperacko rozwa&#x17C;a&#x142;em mo&#x17C;liwo&#x15B;ci ratunku... gdy wtem silne d&#x142;onie chwyci&#x142;y mnie za ramiona i unieruchomi&#x142;y mnie w miejscu.</p><p>Poczu&#x142;em zapach w&#x119;dzonej ryby i tanich papieros&#xF3;w, kiedy chrapliwy g&#x142;os odezwa&#x142; si&#x119; za moimi plecami:</p><p>&quot;Trzeba by&#x142;o si&#x119; nie szw&#x119;da&#x107;. Teraz musisz patrze&#x107;.&quot;</p><p>&quot;B&#x142;agam, niech mnie pan pu&#x15B;ci!&quot; &#x2013; zaskomla&#x142;em, rozpoznaj&#x105;c w&#x142;a&#x15B;ciciela pensjonatu. Nic nie odpowiedzia&#x142;, popchn&#x105;&#x142; mnie tylko w kierunku drzwi, kt&#xF3;re otworzy&#x142;y si&#x119; szerzej.</p><p>Stan&#x105;&#x142;em w progu wielkiego pokoju, przypominaj&#x105;cego kszta&#x142;tem aren&#x119;. Zimne &#x15B;wiat&#x142;o, kt&#xF3;rego &#x17A;r&#xF3;d&#x142;a nie mog&#x142;em dostrzec, jarzy&#x142;o si&#x119; zbyt blado by roz&#x15B;wietli&#x107; &#x15B;ciany i sklepienie. Wystarczy&#x142;o jednak, by wydoby&#x107; z mroku liczne sylwetki, kr&#x105;&#x17C;&#x105;ce wko&#x142;o w desperackiej niemocy trupiego korowodu. Zwaliste potwory o ci&#x119;&#x17C;kich jak pnie nogach i demonicznych pyskach, cz&#x142;apa&#x142;y jeden za drugim, nie zwracaj&#x105;c na mnie uwagi. Wydawa&#x142;y si&#x119; podobne do siebie, lecz ka&#x17C;de by&#x142;o inne: jak &#x17A;le wypchane karykatury prawdziwego stworzenia, &#x17A;le posk&#x142;adane szkielety pokryte wylinia&#x142;&#x105;, sparszywia&#x142;&#x105; pow&#x142;ok&#x105;. Jak gdyby przera&#x17C;one w&#x142;asn&#x105; obrzydliwo&#x15B;ci&#x105;, kurczy&#x142;y si&#x119; i wi&#x142;y, wymachuj&#x105;c &#x142;bami, dziwnymi mackami, wystaj&#x105;cymi ko&#x15B;&#x107;mi.</p><p>&quot;Na rany Chrystusa&quot; &#x2013; zdo&#x142;a&#x142;em wyszepta&#x107; &#x2013; &quot;Co to jest?&quot;</p><p>&quot;To g&#x142;upia m&#x142;odzie&#x144;cza brawura do tego doprowadzi&#x142;a&quot; &#x2013; odpar&#x142; cicho gospodarz. &#x2013; &quot;Podobna do tej, kt&#xF3;ra ci&#x119; tu przywiod&#x142;a.&quot;</p><p>Przez moment milcza&#x142;, wpatruj&#x105;c si&#x119; w korow&#xF3;d. Po chwili rozpocz&#x105;&#x142; opowie&#x15B;&#x107;.</p><hr><p>&quot;By&#x142; rok siedemdziesi&#x105;ty drugi, kiedy wraz z zi&#x119;ciem ukradli&#x15B;my z cyrku dwa s&#x142;onie. Dw&#xF3;ch g&#x142;upich m&#x142;okos&#xF3;w, pe&#x142;nych ambicji i nadziei... Chcieli&#x15B;my stworzy&#x107; hodowl&#x119;, zbudowa&#x107; agroturystyk&#x119;, zarabia&#x107; krocie. Marzenie ka&#x17C;dego dzieciaka. Nie s&#x142;ucha&#x142;em ojca kiedy m&#xF3;wi&#x142; mi: Grzesiu, b&#x119;dziesz mie&#x107; z tego p&#x142;acz, a mo&#x17C;e i pa&#x142;owanie. Sam nie wiedzia&#x142; nawet m&#xF3;j nieboszczyk ojciec, niech mu ziemia lekk&#x105; b&#x119;dzie, co naprawd&#x119; nas czeka&#x142;o.</p><p>Chowali&#x15B;my je najpierw w stodole, potem w hali, kt&#xF3;r&#x105; dla nich zbudowali&#x15B;my. Milicja nie dawa&#x142;a nam spokoju, wci&#x105;&#x17C; kr&#x119;cili si&#x119; po okolicy, nie by&#x142;o sposobu, &#x17C;eby da&#x107; si&#x119; s&#x142;oniom popa&#x15B;&#x107;. Karmi&#x142;em je czym mog&#x142;em, nieraz odejmuj&#x105;c sobie od ust: gdy by&#x142;o t&#x142;u&#x15B;ciej, kiszonk&#x105; i kartoflami; gdy by&#x142;o chudziej, m&#x105;k&#x105; z &#x17C;o&#x142;&#x119;dzi i starymi szmatami. Zwierz&#x119;ta zmizernia&#x142;y, o&#x15B;lep&#x142;y, z czasem ba&#x142;y si&#x119; ju&#x17C; wyj&#x15B;&#x107; na zewn&#x105;trz, nawet gdy stary komisarz umar&#x142;, a milicja w ko&#x144;cu odpu&#x15B;ci&#x142;a. Nam te&#x17C; nie by&#x142;o lekko. Zi&#x119;&#x107; poszed&#x142; siedzie&#x107; za p&#x119;dzenie bimbru, wi&#x119;cej go nie widzia&#x142;em. &#x17B;ona zostawi&#x142;a mnie dla jakiego&#x15B; mieszczucha, aparatczyka; m&#xF3;wi&#x142;a, &#x17C;e zg&#x142;upia&#x142;em. Ale ja nie traci&#x142;em nadziei i wci&#x105;&#x17C; czeka&#x142;em na lepsze czasy, wierz&#x105;c, &#x17C;e inwestycja si&#x119; op&#x142;aci.</p><p>Tymczasem lata mija&#x142;y. Zwierz&#x119;ta zacz&#x119;&#x142;y si&#x119; rozmna&#x17C;a&#x107;, potem ich m&#x142;ode mno&#x17C;y&#x142;y si&#x119; mi&#x119;dzy sob&#x105;, w najbardziej bezbo&#x17C;ny spos&#xF3;b. Pokolenia rodzi&#x142;y si&#x119; i umiera&#x142;y, coraz bardziej chore, wypaczone, przez ca&#x142;e &#x17C;ycie nie widz&#x105;c s&#x142;o&#x144;ca na oczy. Czy wiesz co to znaczy, ch&#x142;opcze, nigdy nie poczu&#x107; kropli deszczu na czole? Nigdy nie dotkn&#x105;&#x107; trawy?&quot;</p><p>Pr&#xF3;bowa&#x142;em przypomnie&#x107; sobie, kiedy ostatni raz dotyka&#x142;em trawy. Spu&#x15B;ci&#x142;em wzrok, zawstydzony. Starzec kontynuowa&#x142; opowie&#x15B;&#x107;.</p><p>&quot;S&#x142;onie... trudno je teraz tak nazwa&#x107;, s&#x142;owo to ledwie przechodzi mi przez gard&#x142;o. To groteska, grzech, szyderstwo z Boga. Chocia&#x17C; chcia&#x142;bym wierzy&#x107;, &#x17C;e jest inaczej, te stworzenia nie przynios&#x105; mi ju&#x17C; bogactwa. Czy chcia&#x142;by&#x15B; ogl&#x105;da&#x107; je w cyrku? Czy chcia&#x142;by&#x15B; posadzi&#x107; na jednym z nich swoje dziecko i wys&#x142;a&#x107; je na przeja&#x17C;d&#x17C;k&#x119;? Uwa&#x17C;aj, ch&#x142;opcze! Sp&#xF3;jrz wok&#xF3;&#x142;. To, co tutaj widzisz, mo&#x17C;e sta&#x107; si&#x119; tak&#x17C;e z tob&#x105;. Takie s&#x105; skutki &#x17C;ycia w sprzeczno&#x15B;ci z natur&#x105;. Do tego chce doprowadzi&#x107; PO.&quot;</p>]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #38 – Poszukiwanie straconego czasu]]></title><description><![CDATA[<p>&quot;Prosz&#x119; spojrze&#x107; przez okienko. Tak, to malutkie, tam, w k&#x105;cie. Prosz&#x119; bli&#x17C;ej, bli&#x17C;ej. Co pan widzi? Widzi pan co&#x15B;?&quot;</p><p>Widzia&#x142;em niewiele, rozumia&#x142;em jeszcze mniej. Wiele rzeczy, to nie ulega w&#x105;tpliwo&#x15B;ci,</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-38-poszukiwanie-straconego-czasu/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7f</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Wed, 08 Jun 2022 15:16:56 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<p>&quot;Prosz&#x119; spojrze&#x107; przez okienko. Tak, to malutkie, tam, w k&#x105;cie. Prosz&#x119; bli&#x17C;ej, bli&#x17C;ej. Co pan widzi? Widzi pan co&#x15B;?&quot;</p><p>Widzia&#x142;em niewiele, rozumia&#x142;em jeszcze mniej. Wiele rzeczy, to nie ulega w&#x105;tpliwo&#x15B;ci, potoczy&#x142;o si&#x119; inaczej ni&#x17C; bym to sobie wymarzy&#x142;. Z perspektywy czasu widz&#x119; jednak, &#x17C;e ka&#x17C;dy supe&#x142; da&#x142;by si&#x119; na spokojnie rozpl&#x105;ta&#x107;, a ka&#x17C;dy klajster powoli rozklajstrowa&#x107;. Ca&#x142;e nieszcz&#x119;&#x15B;cie polega&#x142;o wi&#x119;c na tym, &#x17C;e nie by&#x142;o czasu.</p><hr><p>Niedzielne popo&#x142;udnie w po&#x142;udniowoeuropejskim miasteczku p&#x142;yn&#x119;&#x142;o ciasnymi, zakurzonymi uliczkami; dla ka&#x17C;dego nieco innym torem, dla ka&#x17C;dego w nieco innym tempie. S&#x142;o&#x144;ce &#x15B;wieci&#x142;o ciep&#x142;o i rado&#x15B;nie, oz&#x142;acaj&#x105;c drzewa i &#x17C;ywop&#x142;oty, roz&#x15B;wietlaj&#x105;c okna kolorowych domk&#xF3;w i kamieniczek. Taka z&#x142;ocisto&#x15B;&#x107; nie mog&#x142;a jednak trwa&#x107; wiecznie, bo cho&#x107; S&#x142;o&#x144;cu nigdy si&#x119; nie spieszy, jego droga jest raz na zawsze wytyczona, i niczyje &#x17C;ale nic w niej nie zmieni&#x105;. Kiedy niebo czerwieni&#x142;o si&#x119; a cienie wyd&#x142;u&#x17C;a&#x142;y, niepok&#xF3;j r&#xF3;s&#x142; w sercach ojc&#xF3;w i matek z w&#xF3;zkami, sun&#x105;cych powoli po trajektoriach rutynowych niedzielnych spacer&#xF3;w. Nale&#x17C;a&#x142;o kierowa&#x107; si&#x119; ju&#x17C; ku domowi, aby unikn&#x105;&#x107; nieprzyjemno&#x15B;ci zmarzni&#x119;tego berbecia.</p><p>Serca student&#xF3;w tymczasem ros&#x142;y, nape&#x142;niaj&#x105;c si&#x119; i brzmiej&#x105;c w oczekiwaniu na nadchodz&#x105;c&#x105; libacj&#x119;. Ci m&#x142;odzi ludzie za nic mieli jutrzejsze wyk&#x142;ady, na kt&#xF3;re i tak w poniedzia&#x142;ek by nie poszli, i na kt&#xF3;rych, prawd&#x119; m&#xF3;wi&#x105;c, nikt si&#x119; ich nawet nie spodziewa&#x142;. Spodziewano si&#x119; ich natomiast w kawiarniach i barach, gdzie w naszykowane kieliszki i kufle wlewa&#x142; si&#x119; ju&#x17C; alkohol &#x2013; lubrykant spo&#x142;ecze&#x144;stwa.</p><p>Ze mn&#x105; sprawy mia&#x142;y si&#x119; nieco inaczej. Naiwny obserwator powiedzia&#x142;by pewnie, &#x17C;e mog&#x142;em tego dnia i&#x15B;&#x107; do domu, &#x17C;e mog&#x142;em i&#x15B;&#x107; do baru, a gdybym bardzo chcia&#x142; &#x2013; m&#xF3;g&#x142;bym nawet p&#xF3;j&#x15B;&#x107; do teatru. &#x17B;adna przeszkoda, materialna ani moralna, nie ogranicza&#x142;a mojej wolno&#x15B;ci. By&#x142;by to jednak nazbyt pr&#x119;dki i powierzchowny os&#x105;d; w rzeczywisto&#x15B;ci bowiem sp&#x119;tany by&#x142;em niewidzialnymi wi&#x119;zami, wi&#x119;zami l&#x119;ku i niepewno&#x15B;ci.</p><p>Zacznijmy mo&#x17C;e od tego, &#x17C;e jedn&#x105; rzecz wiedzia&#x142;em jasno i wyra&#x17A;nie. Nast&#x119;pnego dnia, mianowicie, raniutko, by&#x107; mo&#x17C;e bardzo wcze&#x15B;nie, mia&#x142;em uczestniczy&#x107; w niezwykle wa&#x17C;nej wideokonferencji, od kt&#xF3;rej wiele zale&#x17C;a&#x142;o. Nic poza tym, niestety, wyra&#x17A;ne nie by&#x142;o, a to z tej prostej przyczyny, &#x17C;e zgubi&#x142;em gdzie&#x15B; okulary. Wiedzia&#x142;em wi&#x119;c, &#x17C;e spotkanie jest rano, lecz nie wiedzia&#x142;em o kt&#xF3;rej. Brak okular&#xF3;w dawa&#x142; mi si&#x119; we znaki. Pr&#xF3;bowa&#x142;em sprawdzi&#x107; kalendarz, ale notatki skaka&#x142;y mi przed oczami, a spotkanie raz wydawa&#x142;o si&#x119; by&#x107; o &#xF3;smej, raz zn&#xF3;w o dziesi&#x105;tej, czasami nawet pod koniec dnia. Podobny problem mia&#x142;em z zegarkiem. Widzia&#x142;em, &#x17C;e zbli&#x17C;a si&#x119; wiecz&#xF3;r, ale kt&#xF3;ra dok&#x142;adnie by&#x142;a godzina &#x2013; tego nie da&#x142;o si&#x119; ustali&#x107;. Przemierzaj&#x105;c chwiejnym krokiem zau&#x142;ki, ogrody i skwerki, nie potrafi&#x142;em ani znale&#x17A;&#x107; sobie miejsca, ani wyrzuci&#x107; cho&#x107; na chwil&#x119; z g&#x142;owy gryz&#x105;cej obawy, &#x17C;e za&#x15B;pi&#x119;, sp&#xF3;&#x17A;ni&#x119; si&#x119;, a kto wie: mo&#x17C;e nawet ju&#x17C; jestem sp&#xF3;&#x17A;niony? Tak nie da&#x142;o si&#x119; funkcjonowa&#x107;.</p><hr><p>Gabinet okulistyczny by&#x142; zimn&#x105;, monumentaln&#x105; budowl&#x105; z betonu, wewn&#x105;trz wygl&#x105;daj&#x105;c&#x105; jeszcze bardziej niego&#x15B;cinnie ni&#x17C; z zewn&#x105;trz. Przypomina&#x142; mi jeden z tych opuszczonych berli&#x144;skich magazyn&#xF3;w z widokiem na Sprew&#x119; (poprzez skandalicznie zakurzon&#x105; szybk&#x119;), w kt&#xF3;rym zawsze spotka ci&#x119; jedno z dwojga: albo obdarty nastolatek spr&#xF3;buje sprzeda&#x107; ci niskiej jako&#x15B;ci kokain&#x119;, albo zapl&#x105;tasz si&#x119; w paj&#x119;czyn&#x119; tak g&#x119;st&#x105;, &#x17C;e trzeba b&#x119;dzie wzywa&#x107; stra&#x17C;ak&#xF3;w. Godziny zamkni&#x119;cia zbli&#x17C;a&#x142;y si&#x119;, lub mo&#x17C;e min&#x119;&#x142;y (tego oczywi&#x15B;cie nie mog&#x142;em by&#x107; pewien). By&#x107; mo&#x17C;e zrobiono dla mnie wyj&#x105;tek, bo przekraczaj&#x105;c drzwi gabinetu musia&#x142;em wygl&#x105;da&#x107; naprawd&#x119; &#x17C;a&#x142;o&#x15B;nie. Up&#x142;yw czasu, kt&#xF3;ry do tej pory wydawa&#x142; mi si&#x119; zupe&#x142;nie obiektywn&#x105; w&#x142;asno&#x15B;ci&#x105; materialnego &#x15B;wiata, sta&#x142; si&#x119; nagle czym&#x15B; arbitralnym i pozbawionym sensu. Godzina by&#x142;a raz ta, raz tamta. Kierunki &#x15B;wiata r&#xF3;wnie&#x17C; straci&#x142;y znaczenie, ludzkie twarze rozmywa&#x142;y si&#x119; i nik&#x142;y, wszystko zlewa&#x142;o si&#x119; w jedn&#x105; chaotyczn&#x105; plam&#x119;.</p><p>Najpierw nale&#x17C;a&#x142;o przeprowadzi&#x107; badanie wzroku. Przyrz&#x105;dy optyczne niestety by&#x142;y ju&#x17C; nieczynne, w kwestii wady wzroku musia&#x142;em zatem zda&#x107; si&#x119; na subiektywn&#x105; opini&#x119; pani optyczki. Nie by&#x142;a to idealna sytuacja, ale ostatecznie mia&#x142;em szcz&#x119;&#x15B;cie, &#x17C;e gabinet w og&#xF3;le by&#x142; jeszcze otwarty w ten niedzielny wiecz&#xF3;r. Zanim wynaleziono t&#x119; ca&#x142;&#x105; maszyneri&#x119;, pomy&#x15B;la&#x142;em sobie na pocieszenie, takie co&#x15B; musia&#x142;o by&#x107; standardem, i przecie&#x17C; nikt nie narzeka&#x142;. Je&#x15B;li nierozumny lud &#x15B;redniowieczny jako&#x15B; to znosi&#x142;, tym bardziej rad&#x119; dam i ja.</p><p>Pok&#xF3;j by&#x142; ciemny i ponury, jedynie w jednym k&#x105;cie znajdowa&#x142;o si&#x119; niewielkie okienko, przez kt&#xF3;re wci&#x105;&#x17C; pada&#x142;o &#x15B;wiat&#x142;o zachodz&#x105;cego ju&#x17C; s&#x142;o&#x144;ca.</p><p>&quot;Widzi pan okienko w k&#x105;cie?&quot; &#x2013; spyta&#x142;a z u&#x15B;miechem okulistka. By&#x142;a to gruba i weso&#x142;a dziewczyna &#x15B;redniego wzrostu, oko&#x142;o lat trzydziestu. Mia&#x142;a ciemne, zwi&#x105;zane w koczek w&#x142;osy, malutkie oczka, i przypomina&#x142;a nieco pogodnego kreta. &quot;Prosz&#x119; przez nie wyjrze&#x107; i powiedzie&#x107; co pan widzi.&quot;</p><p>Pos&#x142;usznie uda&#x142;em si&#x119; z ni&#x105; do k&#x105;ta. Okienko umieszczone by&#x142;o nisko, musia&#x142;em si&#x119; wi&#x119;c troch&#x119; schyli&#x107;. Przez warstw&#x119; kurzu ujrza&#x142;em fragment uliczki, r&#xF3;g be&#x17C;owej kamienicy, troch&#x119; bruku i jakie&#x15B; badyle. Szczeg&#xF3;&#x142;y trudno mi by&#x142;o rozpozna&#x107;. &quot;Widz&#x119; ulic&#x119; i &#x15B;cian&#x119; domu&quot; &#x2013; zaraportowa&#x142;em pos&#x142;usznie. &quot;Super!&quot; &#x2013; odpar&#x142;a okulistka. &#x2013; &quot;Prosz&#x119; podej&#x15B;&#x107; bli&#x17C;ej do okienka. Widzi pan nazw&#x119; ulicy?&quot;</p><p>Dziewczyna sta&#x142;a tu&#x17C; za mn&#x105;. Zrobi&#x142;em ma&#x142;y kroczek w prz&#xF3;d (sta&#x142;em ju&#x17C; przy samej &#x15B;cianie). Ona r&#xF3;wnie&#x17C; zrobi&#x142;a ma&#x142;y kroczek. Spojrza&#x142;em jeszcze raz. &#x15A;cian&#x119; kamienicy zdobi&#x142;a granatowa tabliczka, a na niej niewyra&#x17A;nie migota&#x142;y bia&#x142;e literki. &quot;Furia? Fiszka?&quot; &#x2013; nie by&#x142;em ani troch&#x119; pewien. &quot;Prosz&#x119; bli&#x17C;ej&quot; &#x2013; za&#x15B;mia&#x142;a si&#x119; okulistka. Teraz by&#x142;em ju&#x17C; kompletnie wci&#x15B;ni&#x119;ty w k&#x105;t, ona za&#x15B; coraz bardziej wci&#x15B;ni&#x119;ta we mnie. &quot;Furia?&quot; &#x2013; szepn&#x105;&#x142;em niespokojnie. &quot;Bli&#x17C;ej, bli&#x17C;ej&quot; &#x2013; us&#x142;ysza&#x142;em tu&#x17C; przy moim uchu, kiedy nosem napiera&#x142;em na zimn&#x105; szyb&#x119;. Ch&#x142;&#xF3;d betonowej &#x15B;ciany przenika&#x142; moje cia&#x142;o z jednej strony, z drugiej za&#x15B; czu&#x142;em gor&#x105;co cia&#x142;a okulistki, przyjemne i niekomfortowe zarazem. Ona te&#x17C; wklei&#x142;a si&#x119; w okno, tak &#x17C;e nasze policzki si&#x119; styka&#x142;y. Jej ma&#x142;e czarne oczka &#x142;ypa&#x142;y na mnie po skosie. Nie mog&#x142;em si&#x119; ju&#x17C; porusza&#x107;. &quot;A teraz buziaczek&quot; &#x2013; powiedzia&#x142;a filuternie.</p><hr><p>Wychodzi&#x142;em z gabinetu bez okular&#xF3;w, i jeszcze bardziej zrozpaczony. S&#x142;o&#x144;ce zasz&#x142;o ju&#x17C; i md&#x142;e &#x15B;wiat&#x142;o latarni nadawa&#x142;o rozmytej rzeczywisto&#x15B;ci jeszcze bardziej oniryczny charakter. Przy ulicy roi&#x142;o si&#x119; od knajp i tawern, wszed&#x142;em wi&#x119;c do jednej z nich. Czy to przez &#x15B;lepy los, czy przez nieunikniony uk&#x142;ad planet, spotka&#x142;em w &#x15B;rodku kilkoro przyjaci&#xF3;&#x142;, kt&#xF3;rzy natychmiast zaproponowali mi drinka. Cho&#x107; najbardziej ze wszystkiego obawia&#x142;em si&#x119; zaspa&#x107;, teraz nie mia&#x142;em ju&#x17C; dobrej wym&#xF3;wki &#x2013; na ten moment, &#x17C;adna decyzja z mojej strony nie wydawa&#x142;o si&#x119; ju&#x17C; bardziej rozs&#x105;dna od innych. Wszystko dryfowa&#x142;o losowo i niemal pogodzi&#x142;em si&#x119; z tym, &#x17C;e je&#x15B;li unikn&#x119; katastrofy, to tylko przez przypadek.</p><p>Wn&#x119;trze tawerny wydawa&#x142;o si&#x119; jednak nad wyraz przytulne i koj&#x105;ce. Drewniane &#x15B;ciany usiane by&#x142;y trofeami i najdziwniejszymi ozdobami, sto&#x142;y przykrywa&#x142;y haftowane serwety, a krzes&#x142;a i &#x142;awy &#x2013; owcze i nied&#x17A;wiedzie sk&#xF3;ry. Po k&#x105;tach poustawiane by&#x142;y dziwne, nieznane mi przedmioty, przypominaj&#x105;ce nieco miot&#x142;y, laski, lub groteskowe narz&#x119;dzia rolnicze.</p><p>&quot;To tradycyjna bro&#x144; bia&#x142;a staro&#x17C;ytnych Iber&#xF3;w i Alba&#x144;czyk&#xF3;w&quot; &#x2013; powiedzia&#x142; z m&#x105;dr&#x105; min&#x105; m&#xF3;j przyjaciel. &#x2013; &quot;S&#x142;u&#x17C;&#x105; do ta&#x144;c&#xF3;w rytualnych. Chcesz zobaczy&#x107;?&quot;</p><p>Przytakn&#x105;&#x142;em bez wielkiego entuzjazmu, jednocze&#x15B;nie bior&#x105;c do r&#x119;ki jeden z d&#x142;ugich, niepor&#x119;cznych kij&#xF3;w, stoj&#x105;cych najbli&#x17C;ej mnie. Gdy stukn&#x105;&#x142;em nim w pod&#x142;og&#x119;, z&#x142;ama&#x142; si&#x119; wp&#xF3;&#x142;. Barman tylko wzruszy&#x142; ramionami. W mi&#x119;dzyczasie moi przyjaciele uzbroili si&#x119; w staro&#x17C;ytny iberyjski rynsztunek i pocz&#x119;li ta&#x144;czy&#x107;. Godziny p&#x142;yn&#x119;&#x142;y leniwie, niepoliczalne tak jak ilo&#x15B;&#x107; wypitych drink&#xF3;w, to wprz&#xF3;d, to znowu w ty&#x142;. Uko&#x142;ysany przedstawieniem, zasn&#x105;&#x142;em na &#x142;awie.</p><p>Obudzi&#x142;em si&#x119; zlany potem. Przez okna tawerny nie by&#x142;o wida&#x107; s&#x142;o&#x144;ca, ale na zewn&#x105;trz by&#x142;o ju&#x17C; zupe&#x142;nie jasno. No i pi&#x119;knie, pomy&#x15B;la&#x142;em. No jasne &#x17C;e zaspa&#x142;em. Spojrza&#x142;em na zegarek, jednocze&#x15B;nie gor&#x105;czkowo odpalaj&#x105;c laptopa: by&#x142;a dwunasta rano! Spotkanie na pewno ju&#x17C; si&#x119; zako&#x144;czy&#x142;o. Zanim laptop si&#x119; w&#x142;&#x105;czy&#x142;, by&#x142;a ju&#x17C; &#xF3;sma trzydzie&#x15B;ci, co doda&#x142;o mi nieco otuchy. Do biura na pewno ju&#x17C; nie zd&#x105;&#x17C;&#x119;, ale mog&#x119; przecie&#x17C; do&#x142;&#x105;czy&#x107; st&#x105;d, chyba maj&#x105; tu wifi? Moi przyjaciele szturchali mnie i pokrzykiwali, sugeruj&#x105;c abym wzi&#x105;&#x142; lekarskie, co&#x15B; takiego nie wchodzi&#x142;o jednak w gr&#x119;. Poczu&#x142;em nag&#x142;&#x105; ulg&#x119;, gdy na ekranie pojawi&#x142;o si&#x119; powiadomienie o trwaj&#x105;cym spotkaniu; nie marnuj&#x105;c czasu na sprawdzanie szczeg&#xF3;&#x142;&#xF3;w, klikn&#x105;&#x142;em szybko &quot;Do&#x142;&#x105;cz&quot;.</p><p>W u&#x142;amku sekundy, ujrza&#x142;em przed sob&#x105; okno podzielone na szachownic&#x119;, sk&#x142;adaj&#x105;c&#x105; si&#x119; z kilkudziesi&#x119;ciu miniaturek. Na niekt&#xF3;rych z nich wyra&#x17A;nie dostrzega&#x142;em poruszaj&#x105;ce si&#x119; nieznacznie ludzkie twarze, inne wydawa&#x142;y si&#x119; rozmazane, lub ca&#x142;kowicie czarne. Ku mojemu zaskoczeniu, nie rozpoznawa&#x142;em nikogo z mojego zespo&#x142;u. Nieznajome postaci o gro&#x17A;nej lub idiotycznej fizjonomii krzywi&#x142;y si&#x119; lub szczerzy&#x142;y z&#x119;by, niekt&#xF3;re nosi&#x142;y demoniczne maski lub chowa&#x142;y twarz w d&#x142;oniach. Miniaturka w samym centrum ekranu by&#x142;o nieco wi&#x119;ksza od pozosta&#x142;ych. Zobaczy&#x142;em tam chudego m&#x119;&#x17C;czyzn&#x119;, siedz&#x105;cego w kwiecie lotosu na &#x15B;rodku pokoju pokrytego pstrymi dywanami. Mia&#x142; czarn&#x105; brod&#x119; i w&#x105;sy, a na g&#x142;owie nosi&#x142; ogromny kapelusz.</p><p>&quot;Witam&quot; &#x2013; powiedzia&#x142; m&#x119;&#x17C;czyzna d&#x17A;wi&#x119;cznie i z&#x142;owrogo, po czym spojrza&#x142; mi w oczy.</p><p>&quot;Przepraszam, czy to spotkanie mojego zespo&#x142;u?&quot; &#x2013; spyta&#x142;em dosy&#x107; g&#x142;upio.</p><p>&quot;Niestety, przykro mi. To jest prank call&quot; &#x2013; odpowiedzia&#x142; m&#x119;&#x17C;czyzna. &#x2013; &quot;Zorganizowany przez Bu&#x142;garskie Towarzystwo Magii Grymuarycznej. Kt&#xF3;rego ja jestem prezesem, bardzo mi mi&#x142;o.&quot;</p><p>&quot;Mi r&#xF3;wnie&#x17C;&quot; &#x2013; odpar&#x142;em.</p>]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Dmuchawce]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>
B&#x119;d&#x119; goni&#x142; s&#x142;o&#x144;ce, zn&#xF3;w, gdy mi&#x119;kkie cienie
Powoli od drzewa do drzewa pe&#x142;zn&#x105;ce
Dotkn&#x105; mnie i sun&#x105;c w g&#xF3;r&#x119; mym ramieniem
Ponagl&#x105; mnie cicho, b&#x119;d&</code></pre>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/dmuchawce/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7e</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Thu, 31 Mar 2022 09:32:54 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>
B&#x119;d&#x119; goni&#x142; s&#x142;o&#x144;ce, zn&#xF3;w, gdy mi&#x119;kkie cienie
Powoli od drzewa do drzewa pe&#x142;zn&#x105;ce
Dotkn&#x105; mnie i sun&#x105;c w g&#xF3;r&#x119; mym ramieniem
Ponagl&#x105; mnie cicho, b&#x119;d&#x119; goni&#x142; s&#x142;o&#x144;ce

B&#x119;d&#x119; grza&#x142; si&#x119; &#x15B;wiat&#x142;em, b&#x119;d&#x119; czeka&#x142; nocy
A&#x17C; p&#x142;yn&#x105;c przez ciemno&#x15B;&#x107; i odblaski z&#x142;ote
W&#x15B;r&#xF3;d szklanek szampana burzliwych prze&#x17A;roczy
Zasn&#x119; odurzony perfum&#x105; i potem

B&#x119;d&#x119; wznieca&#x142; py&#x142;ki, d&#x142;oni&#x105; czesz&#x105;c trawy
Babie lato ta&#x144;cz&#x105;ce na wietrze bezsennie
B&#x119;d&#x119; wzbija&#x142; kurze znad tych &#x142;&#x105;k rudawych
Co jak ja do s&#x142;o&#x144;ca mizdrz&#x105; si&#x119; niezmiennie

Dmuchawce zbyt drobne aby znale&#x17A;&#x107; sta&#x142;o&#x15B;&#x107;
W czym innym ni&#x17C; w wiecznej zmienno&#x15B;ci wichury
Niech na jeden moment otul&#x105; me cia&#x142;o
I na jedn&#x105; chwil&#x119; niech dotkn&#x105; mej sk&#xF3;ry

I niech ka&#x17C;da cz&#x105;stka w tym kr&#xF3;tkim bezczasie
Tak jak ja bezwolna, za s&#x142;o&#x144;cem w pogoni
Zap&#x142;odni mnie g&#x142;&#x119;biej ni&#x17C; pomy&#x15B;le&#x107; da si&#x119;
I niech si&#x119; rozta&#x144;czy, i niech si&#x119; rozdzwoni

I niech te ziarenka wro&#x15B;ni&#x119;te w mej g&#x142;&#x119;bi
Zamieni&#x105; si&#x119; w drzewa bez ko&#x144;ca kwitn&#x105;ce
Takie kt&#xF3;rych ciemno&#x15B;&#x107; ju&#x17C; nigdy nie zgn&#x119;bi
A ja, by je ogrza&#x107;, b&#x119;d&#x119; goni&#x142; s&#x142;o&#x144;ce
</code></pre><!--kg-card-end: html-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Duch Warusa stojący nad łożem cezara]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>
Me or&#x142;y &#x15B;pi&#x105; w b&#x142;ocie. Moje, tylko moje.
I moje biedne, przekl&#x119;te legiony.
Zap&#x142;aka&#x142; si&#x119; w po&#x15B;ciel August, boski cezar.
Nie ja - mi oczy wyjad&#x142;y ju&#x17C; wrony.

Opowiedz mi bajk&#x119;, o</code></pre>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/duch-warusa-stojacy-nad-lozem-cezara/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7d</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Sun, 17 Nov 2019 19:04:46 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>
Me or&#x142;y &#x15B;pi&#x105; w b&#x142;ocie. Moje, tylko moje.
I moje biedne, przekl&#x119;te legiony.
Zap&#x142;aka&#x142; si&#x119; w po&#x15B;ciel August, boski cezar.
Nie ja - mi oczy wyjad&#x142;y ju&#x17C; wrony.

Opowiedz mi bajk&#x119;, o boski cezarze,
O tym, jak przezorny jest zawsze gotowy.
Powiedz mym &#x17C;o&#x142;nierzom, trupom w le&#x15B;nym jarze,
Niech ci&#x119; pos&#x142;uchaj&#x105; ich ur&#x17C;ni&#x119;te g&#x142;owy.

Powiedz nam, upiorom nieuko&#x142;ysanym,
Jak od jajka do jab&#x142;ka prosta wiedzie droga.
Nam, co&#x15B;my zgnili w w&#x105;wozach spl&#x105;tanych.
Nam, w kt&#xF3;rych &#x17C;y&#x142;ach nie p&#x142;ynie krew boga.

I powiedz nam w ko&#x144;cu, z wy&#x17C;yn Kapitolu,
Jak wielki w&#xF3;dz zawsze swe bitwy wybiera,
I jak Mars spi&#x17C;owy ponad krwawym polem
Z nieba zsy&#x142;a gromy na nieprzyjaciela.

Wiem, w twoich traktatach, spada on jak orze&#x142;
Na &#x15B;pi&#x105;cego wroga. Lecz w puszczach nadre&#x144;skich
Budzisz si&#x119; w&#x15B;r&#xF3;d wrzask&#xF3;w, &#x15B;mierci, ogie&#x144; gorze
I trawi tw&#xF3;j sztandar w pijanym szale&#x144;stwie.

Nie wybra&#x142;em bitwy &#x17C; a d n e j, m&#xF3;j cezarze.
Bo nie wiod&#x142;y mnie nigdy drogi brukowane
Apulia&#x144;skich r&#xF3;wnin - lecz w mglistym oparze
Las&#xF3;w re&#x144;skich p&#x119;dzi&#x142;y mnie furie nieznane.

Walcz&#x119; takie bitwy, jakie mi si&#x119; zdarz&#x105;.
Wi&#x119;c bajaj swoje bajki mnie i mym &#x17C;o&#x142;nierzom,
Lub przeklnij mnie w z&#x142;o&#x15B;ci bezsilnej, cezarze,
I patrz jak nasze czaszki si&#x119; do ciebie szczerz&#x105;.

Lecz je&#x15B;li chcesz or&#x142;y, to przyjd&#x17A; tutaj po nie,
I nie p&#x142;acz mi o tym, &#x17C;e ich miejsce w Rzymie.
Bo to nie ty w piekle k&#x142;ad&#x142;e&#x15B; za nie g&#x142;ow&#x119;
I nie twojej krwi rzeka pod Kalkriese p&#x142;ynie.
</code></pre><!--kg-card-end: html-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #37 - Banitka Beata]]></title><description><![CDATA[<p>Zaczn&#x119; mo&#x17C;e od spowiedzi. Tak, wsp&#xF3;&#x142;pracowa&#x142;em z policj&#x105;. Tak, wydawa&#x142;em anarchist&#xF3;w.</p><p>Jedyne, co mog&#x119; powiedzie&#x107; na swoje usprawiedliwienie: byli to ludzie brutalni, pozbawieni skrupu&#x142;&#xF3;w, pozbawieni szacunku dla &#x17C;ycia jednostki. By&#x142;</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/banitka-beata/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7c</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Sat, 05 Oct 2019 16:15:21 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<p>Zaczn&#x119; mo&#x17C;e od spowiedzi. Tak, wsp&#xF3;&#x142;pracowa&#x142;em z policj&#x105;. Tak, wydawa&#x142;em anarchist&#xF3;w.</p><p>Jedyne, co mog&#x119; powiedzie&#x107; na swoje usprawiedliwienie: byli to ludzie brutalni, pozbawieni skrupu&#x142;&#xF3;w, pozbawieni szacunku dla &#x17C;ycia jednostki. By&#x142;a to zbieranina najrozmaitszych szumowin, jakich przyzwoity cz&#x142;owiek za nic nie chcia&#x142;by spotka&#x107; w ciemnym zau&#x142;ku. Mimo &#x17C;e ju&#x17C; w&#xF3;wczas (a tym bardziej teraz, kiedy bezwzgl&#x119;dno&#x15B;&#x107; zbrojnego ramienia pa&#x144;stwa oraz tzw. &quot;wymiaru sprawiedliwo&#x15B;ci&quot; doprowadzi&#x142;a do krwawego rozwi&#x105;zania, jakiego nikt si&#x119; nie m&#xF3;g&#x142; spodziewa&#x107;) mia&#x142;em wiele sympatii dla anarcho-komunistycznej sprawy, musz&#x119; powiedzie&#x107; jasno: ludzie ci nie byli prawymi jej aposto&#x142;ami o czystych sercach i sumieniach. Obok namaszczonych przez Kropotkina szacownych ideolog&#xF3;w o siwych brodach, zaple&#x15B;nia&#x142;e squaty zasiedla&#x142;y indywidua z ca&#x142;ego spektrum, od niegro&#x17A;nych torrenciarzy, poprzez ulicznych boj&#xF3;wkarzy, a&#x17C; po dealer&#xF3;w i najemnych zbir&#xF3;w.</p><p>A wi&#x119;c tak, przy&#x142;o&#x17C;y&#x142;em r&#x119;k&#x119; do tego ludob&#xF3;jstwa, czy to z oportunizmu, czy z braku wyobra&#x17A;ni. Niech historia mnie os&#x105;dzi. Ty, Czytelniku, poczytaj mi to za okoliczno&#x15B;&#x107; &#x142;agodz&#x105;c&#x105;, &#x17C;e sam prze&#x17C;y&#x142;em dni trwogi, na jakie &#x17C;adna &#x17C;ywa istota nie zas&#x142;u&#x17C;y&#x142;a, &#x17C;e otar&#x142;em si&#x119; o &#x15B;mier&#x107;, &#x17C;e sam musia&#x142;em zabi&#x107;. &#x17B;e zaszczuty i samotny, przebiegaj&#x105;c l&#x119;kliwie ciasnymi uliczkami, &#x15B;pi&#x105;c z otwartym jednym okiem po kana&#x142;ach i strychach, zje&#x15B;&#x107; musia&#x142;em w&#x142;asn&#x105; kurtk&#x119; i pi&#x107; w&#x142;asny mocz.</p><p>O tym, co wydarzy&#x142;o si&#x119;, kiedy rozpocz&#x119;&#x142;a si&#x119; akcja policji, m&#xF3;g&#x142;bym napisa&#x107; ksi&#x105;&#x17C;k&#x119;. Nie mam tu jednak na to miejsca; a czy umia&#x142;bym opisa&#x107; s&#x142;owami te obrazy, kt&#xF3;re wci&#x105;&#x17C; prze&#x15B;laduj&#x105; mnie w snach? Malowane bardziej adrenalin&#x105; i przera&#x17C;eniem, ni&#x17C; kresk&#x105; i kolorem? Stoj&#x105; mi przed oczami te piwnice i klatki schodowe blok&#xF3;w komunalnych, o&#x15B;wietlone blad&#x105; jarzeni&#xF3;wk&#x105;, &#x142;uszcz&#x105;ce si&#x119; &#x17C;&#xF3;&#x142;t&#x105; farb&#x105; olejn&#x105;, gdzie co krok po&#x15B;lign&#x105;&#x107; si&#x119; by&#x142;o mo&#x17C;na na ka&#x142;u&#x17C;ach krwi. Moja legitimacja i moje ubranie mieszczucha nie gwarantowa&#x142;y mi nietykalno&#x15B;ci w ciemno&#x15B;ci i chaosie. Kr&#x105;g policyjnej ob&#x142;awy zaciska&#x142; si&#x119; na ca&#x142;ym mie&#x15B;cie i ka&#x17C;dy, kto znalaz&#x142; si&#x119; wewn&#x105;trz, by&#x142; na linii ognia. Anarchi&#x15B;ci, pozbawieni drogi ucieczki, odgryzali si&#x119; jak uwi&#x119;zione szczury, i jak szczury padali martwi, rozdzierani na strz&#x119;py seriami z karabin&#xF3;w automatycznych. W okrucie&#x144;stwie nie pozostawali d&#x142;u&#x17C;ni, i przemilcz&#x119; te najstraszniejsze ze scen, jakie musia&#x142;em ogl&#x105;da&#x107;. Cel akcji by&#x142; jasny: wszyscy anarchi&#x15B;ci mieli zgin&#x105;&#x107;. &#x17B;adnych s&#x105;d&#xF3;w, &#x17C;adnych wi&#x119;zie&#x144;. Tylko trupy.</p><p>Nadszed&#x142; w ko&#x144;cu ten ranek, kiedy obudzi&#x142;o mnie s&#x142;o&#x144;ce, a nie strza&#x142;y. Ulice by&#x142;y spokojne i gdzieniegdzie wida&#x107; by&#x142;o ludzi, kt&#xF3;rzy ostatni tydzie&#x144; sp&#x119;dzili w ukryciu. Teraz powoli wychodzili, oswajaj&#x105;c si&#x119; ze &#x15B;wiat&#x142;em dziennym, szykuj&#x105;c si&#x119; do powrotu do swojej codzienno&#x15B;ci. My&#x15B;l&#x119;, &#x17C;e ka&#x17C;dy z nas zachowa blizn&#x119; na umy&#x15B;le po tym, co tutaj widzieli&#x15B;my. Widzia&#x142;em ludzi kl&#x119;cz&#x105;cych na ulicy, wybuchaj&#x105;cych p&#x142;aczem. Trzeba by&#x142;o jednak wr&#xF3;ci&#x107; do &#x17C;ycia, wr&#xF3;ci&#x107; do pracy, wstawi&#x107; nowe szyby, nape&#x142;ni&#x107; zn&#xF3;w lod&#xF3;wk&#x119;.</p><hr><p>Na przedmie&#x15B;ciach by&#x142;o miejsce, gdzie naturalna formacja skalna tworzy&#x142;a g&#x142;&#x119;bok&#x105; nieck&#x119; w ziemi o &#x15B;rednicy mo&#x17C;e stu metr&#xF3;w. By&#x142;o to tu&#x17C; obok starej autostrady, kt&#xF3;r&#x105; w tej chwili nikt nie je&#x17A;dzi&#x142;. Po drugiej stronie drogi znajdowa&#x142;y si&#x119; budynki fabryczne, r&#xF3;wnie&#x17C; teraz w du&#x17C;ej mierze opuszczone. Pami&#x119;tam, &#x17C;e gdy by&#x142;em ma&#x142;y, w niecce tej cz&#x119;sto koczowali bezdomni.</p><p>Przechodzi&#x142;em w&#x142;a&#x15B;nie nieopodal fabryk, gdy us&#x142;ysza&#x142;em podniesione g&#x142;osy. Przynajmniej kilkana&#x15B;cie os&#xF3;b sta&#x142;o na du&#x17C;ym tarasie pobliskiego budynku, krzyczeli na siebie i wydawali si&#x119; wyra&#x17A;nie poruszeni. Wszed&#x142;em na taras po betonowych schodach.</p><p>&quot;Co si&#x119; sta&#x142;o?&quot; - spyta&#x142;em najbli&#x17C;szego m&#x119;&#x17C;czyzn&#x119;, ci&#x105;gn&#x105;&#x107; go za r&#x119;kaw, by zwr&#xF3;ci&#x107; jego uwag&#x119;.</p><p>&quot;Anarchi&#x15B;ci&quot; - rzuci&#x142; kr&#xF3;tko, i zaraz powr&#xF3;ci&#x142; do k&#x142;&#xF3;tni z innymi. Zobaczy&#x142;em teraz, &#x17C;e grupa t&#x142;oczy&#x142;a si&#x119; wok&#xF3;&#x142; budki telefonicznej, a jeden z obecnych, krzycz&#x105;cy najg&#x142;o&#x15B;niej, trzyma&#x142; w r&#x119;ku s&#x142;uchawk&#x119; i co chwila usi&#x142;owa&#x142; wykr&#x119;ci&#x107; numer.</p><p>&quot;My&#x15B;la&#x142;em, &#x17C;e ob&#x142;awa si&#x119; sko&#x144;czy&#x142;a&quot; - powiedzia&#x142;em niepewnie.</p><p>&quot;Du&#x17C;a cz&#x119;&#x15B;&#x107; bandyt&#xF3;w zwia&#x142;a&quot; - odpar&#x142; najbli&#x17C;szy m&#x119;&#x17C;czyzna. - &quot;Oczywi&#x15B;cie, w wiadomo&#x15B;ciach o tym nie m&#xF3;wi&#x105;, ale musieli mie&#x107; jakie&#x15B; podziemne tunele. Siedz&#x105; tam teraz w tej dziurze!&quot; - wskaza&#x142; r&#x119;k&#x105; na drug&#x105; stron&#x119; drogi. - &quot;Pr&#xF3;bujemy wezwa&#x107; policj&#x119;.&quot;</p><p>Zaintrygowany, ostro&#x17C;nie podszed&#x142;em na brzeg tarasu. Rzeczywi&#x15B;cie, niecka wygl&#x105;da&#x142;a na zagospodarowan&#x105;. By&#x142;a na tyle g&#x142;&#x119;boka, &#x17C;e z ulicy nic nie da&#x142;oby si&#x119; dostrzec. Z poziomu tarasu wida&#x107; jednak by&#x142;o szereg wojskowych namiot&#xF3;w, pomalowanych w czerwono-czarne pasy, ustawionych wzd&#x142;u&#x17C; skalnej &#x15B;ciany. Przez &#x15B;rodek okr&#x105;g&#x142;ego placu p&#x142;yn&#x105;&#x142; strumie&#x144;, tryskaj&#x105;cy ze szczeliny skalnej po jednej stronie niecki, i znikaj&#x105;cy gdzie&#x15B; po drugiej stronie, niewidocznej z tego miejsca. Obok strumienia zauwa&#x17C;y&#x142;em wygaszone ognisko i trzy ogromne, &#x15B;pi&#x105;ce psy. Wszystkie by&#x142;y identyczne, przypominaj&#x105;ce szarpeje, lecz znacznie wi&#x119;ksze i t&#x142;ustsze, wielce pofa&#x142;dowane. Cho&#x107; z tej odleg&#x142;o&#x15B;ci trudno by&#x142;o oceni&#x107;, ka&#x17C;dy z nich m&#xF3;g&#x142; mie&#x107; dwa metry w k&#x142;&#x119;bie. Prawdopodobnie by&#x142;y to psy bojowe.</p><p>Dziwnie &#x15B;cisn&#x119;&#x142;o mi si&#x119; serce na my&#x15B;l o tym, &#x17C;e wszyscy ludzie &#x15B;pi&#x105;cy w tych pasiastych namiotach za najdalej godzin&#x119; b&#x119;d&#x105; martwi. Psy prawdopodobnie te&#x17C;. Wtem jednak dostrzeg&#x142;em co&#x15B; bardziej jeszcze szokuj&#x105;cego.</p><p>Okolica by&#x142;a opuszczona, nikt tu nie mieszka&#x142;, i rzadko kto si&#x119; zapuszcza&#x142;. Nikt z przebywaj&#x105;cych na tarasie ludzi nie zbli&#x17C;y&#x142;by si&#x119; do obozu anarchist&#xF3;w nawet na krok, wiedz&#x105;c doskonale, &#x17C;e bandyci otworz&#x105; ogie&#x144; do wszystkiego co si&#x119; rusza. A jednak, na ulicy, tu&#x17C; obok niecki, sta&#x142;a m&#x142;oda dziewczyna, spokojnie pal&#x105;c papierosa. Co wi&#x119;cej, co absolutnie mnie zmrozi&#x142;o &#x2013; zna&#x142;em j&#x105;. By&#x142;a to, nazwijmy j&#x105;, Beata, kt&#xF3;r&#x105; pozna&#x142;em kilka lat wcze&#x15B;niej, i z kt&#xF3;r&#x105; przez pewien czas &#x142;&#x105;czy&#x142; mnie przelotny romans. Cho&#x107; nie najbli&#x17C;sza przyjaci&#xF3;&#x142;ka, zdecydowanie nie by&#x142;a to osoba, kt&#xF3;r&#x105; chcia&#x142;bym ujrze&#x107; zmasakrowan&#x105; przez pociski du&#x17C;ego kalibru. Ob&#xF3;z anarchist&#xF3;w pogr&#x105;&#x17C;ony by&#x142; w ciszy i bezruchu, wiedzia&#x142;em jednak dobrze, &#x17C;e mog&#x105; to by&#x107; pozory.</p><p>Niewiele my&#x15B;l&#x105;c, zbieg&#x142;em po schodach i wybieg&#x142;em na drog&#x119;. Dopiero z tej odleg&#x142;o&#x15B;ci dostrzeg&#x142;em, &#x17C;e ubrana by&#x142;a w brudny drelichowy uniform, g&#x119;sto naznaczony ciemnymi plamami, kt&#xF3;re musia&#x142;y by&#x107; zaschni&#x119;t&#x105; krwi&#x105;. Na jej szyi zauwa&#x17C;y&#x142;em czarno-czerwon&#x105; apaszk&#x119;. Pociemnia&#x142;o mi w oczach. Beata by&#x142;a anarchistk&#x105;. Niewiele to jednak zmienia&#x142;o w mojej sytuacji, by&#x142;o zreszt&#x105; za p&#xF3;&#x17A;no, by si&#x119; wycofa&#x107;.</p><p>Pozna&#x142;a mnie, nie by&#x142;o jednak czasu na powitania. B&#x142;yskawicznie przekalkulowa&#x142;em w my&#x15B;li nasze szanse. Wci&#x105;&#x17C; mia&#x142;em na sobie ubranie mieszczucha, a w kieszeni legitymacj&#x119;. By&#x142;a nadzieja &#x17C;e m&#xF3;g&#x142;bym przeprowadzi&#x107; nas przez kordon, je&#x15B;li b&#x119;dziemy udawa&#x107; par&#x119; &#x2013; to najprostszy spos&#xF3;b na zmylenie s&#x142;u&#x17C;b.</p><p>&quot;Policja zaraz tu b&#x119;dzie. Chod&#x17A; ze mn&#x105;&quot; - rzuci&#x142;em kr&#xF3;tko. Szybkim ruchem zdj&#x105;&#x142;em apaszk&#x119; z jej szyi i wyrzuci&#x142;em na pobocze. Z&#x142;apa&#x142;em j&#x105; za r&#x119;k&#x119; i poci&#x105;gn&#x105;&#x142;em w d&#xF3;&#x142; ulicy. Beata natychmiast zrozumia&#x142;a. Nie zadaj&#x105;c pyta&#x144;, obj&#x119;&#x142;a mnie za szyj&#x119; i przytuli&#x142;a si&#x119; do mojego boku. Jakby nigdy nic, poszli&#x15B;my spacerowym krokiem, u&#x15B;miechaj&#x105;c si&#x119; do przelatuj&#x105;cych ptak&#xF3;w i pogwizduj&#x105;c z cicha.</p><p>Gdyby&#x15B;my zwlekali cho&#x107; odrobin&#x119; d&#x142;u&#x17C;ej, by&#x142;oby po nas. Zd&#x105;&#x17C;yli&#x15B;my przej&#x15B;&#x107; ledwie par&#x119; krok&#xF3;w, gdy spomi&#x119;dzy budynk&#xF3;w fabryki wybiegli pierwsi antyterrory&#x15B;ci. Skoncentrowa&#x142;em si&#x119; na przybraniu odpowiedniej mimiki i mowy cia&#x142;a. Wiedzia&#x142;em dok&#x142;adnie, czego milicjanci si&#x119; spodziewaj&#x105; - powinni&#x15B;my wygl&#x105;da&#x107; swobodnie, zaskoczeni widokiem broni, lecz nie przestraszeni. Porz&#x105;dnych obywateli z r&#x105;k policji nigdy nie spotka krzywda. Beata obj&#x119;&#x142;a mnie jeszcze mocniej. Wiedzia&#x142;a doskonale, &#x17C;e tylko rzetelna i wiarygodna relacja romantyczna z bia&#x142;ym m&#x119;&#x17C;czyzn&#x105; z klasy &#x15B;redniej uczyni j&#x105; niewidoczn&#x105; dla oczu policjant&#xF3;w. Idiotycznym gestem mieszczucha pomacha&#x142;em d&#x142;oni&#x105; w kierunku najbli&#x17C;szego policjanta. Spojrza&#x142; przeze mnie jak przez powietrze.</p><hr><p>Rami&#x119; Beaty, obejmuj&#x105;ce m&#x105; tali&#x119;, promieniowa&#x142;o przyjemnym ciep&#x142;em. To niesamowite, &#x17C;e zn&#xF3;w jeste&#x15B;my razem, pomy&#x15B;la&#x142;em. Nawet je&#x15B;li odnowili&#x15B;my nasz zwi&#x105;zek w tak dziwnych okoliczno&#x15B;ciach, nawet je&#x15B;li kto&#x15B; chcia&#x142;by argumentowa&#x107;, &#x17C;e zwi&#x105;zek ten jest cokolwiek tymczasowy i mo&#x17C;e nie przetrwa&#x107; d&#x142;ugo. Ale jednak, w tej chwili byli&#x15B;my razem. Czy Beata czu&#x142;a to samo? U&#x15B;miechn&#x105;&#x142;em si&#x119; do niej przyja&#x17A;nie. Wzruszy&#x142;a ramionami.</p><p>W tym momencie rozb&#x142;ys&#x142;a we mnie nag&#x142;a my&#x15B;l. Psy! Ogromne szarpeje &#x15B;pi&#x105;ce mi&#x119;dzy namiotami anarchist&#xF3;w - musia&#x142;em koniecznie zrobi&#x107; im zdj&#x119;cie.</p><p>Czas nagli&#x142; - o ile w og&#xF3;le nie by&#x142;o jeszcze za p&#xF3;&#x17A;no. Poci&#x105;gn&#x105;&#x142;em Beat&#x119; za r&#x119;k&#x119; i pobiegli&#x15B;my z powr&#xF3;tem w stron&#x119; fabrycznego tarasu, jedynego miejsca, z kt&#xF3;rego mog&#x142;em liczy&#x107; na dobry kadr bez oberwania serii z karabinu. Wbiegli&#x15B;my po schodach, ju&#x17C; po drodze odblokowywa&#x142;em telefon, jedn&#x105; r&#x119;k&#x105; pr&#xF3;buj&#x105;c niezdarnie wpisa&#x107; kod PIN. Spojrza&#x142;em na obozowisko przez obiektyw aparatu. Nie wygl&#x105;da&#x142;o jednak tak jak wcze&#x15B;niej. Podnios&#x142;em wzrok.</p><p>Antyterrory&#x15B;ci, wykazuj&#x105;c si&#x119; niema&#x142;ym taktycznym sprytem, zablokowali najwyra&#x17A;niej wylot strumienia, kt&#xF3;ry p&#x142;yn&#x105;&#x142; przez &#x15B;rodek placu. Obozowisko zosta&#x142;o w ci&#x105;gu kilku minut kompletnie zatopione i wygl&#x105;da&#x142;o na to, &#x17C;e policja wygra&#x142;a bitw&#x119; bez oddania jednego strza&#x142;u. Cho&#x107; z oddali co jaki&#x15B; czas dobiera&#x142;y krzyki, nie by&#x142;o wida&#x107; ani &#x15B;ladu anarchist&#xF3;w. Czy wszyscy utopili si&#x119; we &#x15B;nie? By&#x142;o to mo&#x17C;liwe.</p><p>Ogromne szarpeje spa&#x142;y tam gdzie wcze&#x15B;niej. By&#x142;y zbyt du&#x17C;e by si&#x119; utopi&#x107;, i zbyt zm&#x119;czone by si&#x119; obudzi&#x107;. Pofa&#x142;dowana psia sk&#xF3;ra porusza&#x142;a si&#x119; w rytmie fal nowo powsta&#x142;ego stawu. Jedno nozdrze ka&#x17C;de z ps&#xF3;w wystawa&#x142;o ponad tafl&#x119; wody, drugie za&#x15B; wypuszcza&#x142;o co kilka sekund ba&#x144;ki powietrza, p&#x119;kaj&#x105;ce na powierzchni. Nagle wzgl&#x119;dn&#x105; cisz&#x119; przerwa&#x142;a seria z broni automatycznej. Beata potrz&#x105;sn&#x119;&#x142;a niespokojnie moj&#x105; d&#x142;oni&#x105;. Pstrykn&#x105;&#x142;em szybko kilka zdj&#x119;&#x107; i szybkim krokiem oddalili&#x15B;my si&#x119; z przekl&#x119;tego przedmie&#x15B;cia, ostatnim spojrzeniem &#x17C;egnaj&#x105;c na zawsze, jak s&#x105;dzili&#x15B;my, jej nieszcz&#x119;snych towarzyszy broni.</p><!--kg-card-begin: html--><figure class="kg-card">
    <img src="https://wiruje-astrolabium.pl/content/images/2019/10/71389716_395240334501121_5382117011465699328_n.jpg" class="kg-image">
    <figcaption>Zilustrowa&#x142;a <a href="https://www.instagram.com/ale.png/">Ola</a></figcaption>
</figure><!--kg-card-end: html--><hr><p>Potykaj&#x105;c si&#x119; o sterty gruzu i martwych cia&#x142;, przemierzali&#x15B;my ulice od&#x17C;ywaj&#x105;cego miasta. Towarzystwo banitki Beaty, jakkolwiek nie by&#x142;oby mi mi&#x142;e, komplikowa&#x142;o sprawy znacz&#x105;co - musieli&#x15B;my ca&#x142;y czas mie&#x107; si&#x119; na baczno&#x15B;ci. Naszym pierwszym celem by&#x142;o znalezienie prowiantu, zanim zaczniemy poszukiwanie schronienia na noc. Szybko odnale&#x17A;li&#x15B;my najbli&#x17C;szy znany mi sklep, kt&#xF3;ry na nasze szcz&#x119;&#x15B;cie okaza&#x142; si&#x119; ju&#x17C; otwarty.</p><p>By&#x142; to jeden z tych dziwnych, prowadzonych przez imigrant&#xF3;w minimarket&#xF3;w, gdzie poza kupowaniem &#x15B;wie&#x17C;ych warzyw i importowanych konserw, mo&#x17C;na te&#x17C; by&#x142;o wzi&#x105;&#x107; udzia&#x142; w rozmaitych spo&#x142;ecznych i kulturalnych wydarzeniach. Ludzie spotykali si&#x119; tu czasem by sp&#x119;dza&#x107; razem czas, gra&#x107; w karty, niekiedy organizowano tu imprezy, koncerty lub wydarzenia sportowe. Ju&#x17C; przed wej&#x15B;ciem napotkali&#x15B;my spor&#x105; grup&#x119; ludzi, rozmawiaj&#x105;cych z o&#x17C;ywieniem, to wchodz&#x105;cych to wychodz&#x105;cych ze sklepu. Wyra&#x17A;nie zakupy nie by&#x142;y ich g&#x142;&#xF3;wnym celem.</p><p>W &#x15B;rodku t&#x142;um by&#x142; jeszcze wi&#x119;kszy i byli&#x15B;my w po&#x142;owie drogi do p&#xF3;&#x142;ki z kisielem instant, kiedy wyja&#x15B;ni&#x142;o si&#x119; czemu. Kto&#x15B; powoli i z namaszczeniem rozwar&#x142; stalowe, prowadz&#x105;ce na zaplecze drzwi. W drzwiach ukaza&#x142;a si&#x119; m&#x142;oda dziewczyna w welonie, prowadzona za r&#x119;k&#x119; przez muskularnego, ogolonego na &#x142;yso, elegancko ubranego m&#x119;&#x17C;czyzn&#x119;. Twarz pana m&#x142;odego w ca&#x142;o&#x15B;ci pokryta by&#x142;a tatua&#x17C;ami, oraz ozdobiona imponuj&#x105;cym w&#x105;sem. By&#x142; to &#x15B;lub.</p><p>M&#x142;oda para przesz&#x142;a powoli w&#x15B;r&#xF3;d p&#xF3;&#x142;ek z towarem, podczas gdy zebrani go&#x15B;cie wiwatowali i wznosili toasty. Przy&#x142;&#x105;czyli&#x15B;my si&#x119; do zgromadzonych. Poch&#xF3;d zatrzyma&#x142; si&#x119; w s&#x105;siednim pomieszczeniu, nie b&#x119;d&#x105;cym ju&#x17C; cz&#x119;&#x15B;ci&#x105; sklepu. M&#x142;odzi stan&#x119;li obok schod&#xF3;w prowadz&#x105;cych na ni&#x17C;szy poziom, przyj&#x119;li szereg gratulacji i u&#x15B;cisk&#xF3;w d&#x142;oni. Kto&#x15B; nieudolnie gra&#x142; na mandolinie i usi&#x142;owa&#x142; &#x15B;piewa&#x107; wschodnio-brzmi&#x105;c&#x105; pie&#x15B;&#x144; weseln&#x105;. Kilku podejrzanie wygl&#x105;daj&#x105;cych go&#x15B;ci cz&#x119;stowa&#x142;o si&#x119; cienk&#x105; herbat&#x105; w brudnych szklankach, wsypuj&#x105;c do&#x144; po pi&#x119;&#x107; &#x142;y&#x17C;ek cukru, siorbi&#x105;c powoli i z wyra&#x17A;nym obrzydzeniem. Co&#x15B; tu by&#x142;o nie tak.</p><p>Szybki rzut oka na twarz Beaty potwierdzi&#x142; moje przypuszczenia. Patrzy&#x142;a zatroskana na ca&#x142;e to przedstawienie, a gdy zauwa&#x17C;y&#x142;e moje spojrzenie, skin&#x119;&#x142;a na mnie bym nachyli&#x142; ucha.</p><p>&quot;To dziewczyna z mojej brygady&quot; - wyszepta&#x142;a. - &quot;Nie wiem, jak si&#x119; wydosta&#x142;a z obozu. A ten typiarz w za ciasnym garniturze jest p&#x142;atnym morderc&#x105;.&quot;</p><p>A wi&#x119;c nie by&#x142;o to zwyczajne wesele. Wszystko nabiera&#x142;o sensu.</p><p>&quot;Nie rozumiem o co tu chodzi&quot; - doda&#x142;a Beata z pow&#x105;tpiewaniem.</p><p>&quot;W tej sytuacji to ich najlepsze wyj&#x15B;cie&quot; - odpar&#x142;em. - &quot;&#x15A;wi&#x119;to&#x15B;&#x107; ma&#x142;&#x17C;e&#x144;stwa daje im najlepsz&#x105; przykrywk&#x119; jakiej mogliby teraz chcie&#x107;.&quot; - zawaha&#x142;em si&#x119; przez chwil&#x119;. - &quot;To bardzo sprytne z ich strony, my&#x15B;l&#x119;, &#x17C;e ma&#x142;&#x17C;e&#x144;stwo to nie jest z&#x142;y pomys&#x142;.&quot;</p><p>Unios&#x142;a brew i spojrza&#x142;a na mnie bez cienia u&#x15B;miechu. Ugryz&#x142;em si&#x119; w j&#x119;zyk. &quot;Zbyt bezpo&#x15B;rednio&quot; - pomy&#x15B;la&#x142;em, z&#x142;y na siebie.</p><p>Chwil&#x119; niezr&#x119;czno&#x15B;ci przerwa&#x142;o og&#xF3;lne poruszenie. Kto&#x15B; z ca&#x142;ej si&#x142;y zab&#x119;bni&#x142; &#x142;y&#x17C;k&#x105; w plastikowy kubek z szampanem, zebrani nieco si&#x119; uciszyli.</p><p>&quot;Oficjalna ceremonia odb&#x119;dzie si&#x119; na dole!&quot; - zawo&#x142;a&#x142; g&#x142;o&#x15B;no m&#x119;&#x17C;czyzna w dziwnym ubraniu, przypominaj&#x105;cym nieco sutann&#x119;. - &quot;Niestety mamy tam niewiele miejsca, wi&#x119;c prosz&#x119; wszystkich zgromadzonych o wyrozumia&#x142;o&#x15B;&#x107;. Tylko rodzina i najbli&#x17C;si przyjaciele s&#x105; zaproszeni na d&#xF3;&#x142;. Reszt&#x119; prosz&#x119; o cierpliwo&#x15B;&#x107;, ceremonia nie potrwa d&#x142;ugo i b&#x119;dziemy z powrotem najdalej za kwadrans!&quot;.</p><p>Po chwili para m&#x142;oda, ekscentryczny kap&#x142;an oraz oko&#x142;o tuzina innych os&#xF3;b znikn&#x119;&#x142;o na schodach na ni&#x17C;szy poziom. Reszta go&#x15B;ci wr&#xF3;ci&#x142;a do rozm&#xF3;w i picia.</p><p>Mocno zbudowana dziewczyna, z kr&#xF3;tko ostrzy&#x17C;onymi w&#x142;osami i uniesion&#x105; czarn&#x105; pi&#x119;&#x15B;ci&#x105; wytatuowan&#x105; na szyi, podesz&#x142;a do nas i przywita&#x142;a si&#x119; z Beat&#x105; skinieniem g&#x142;owy. Stukn&#x119;&#x142;y si&#x119; szklankami u&#x15B;miechaj&#x105;c si&#x119; szeroko, jakby by&#x142;y starymi znajomymi ze studi&#xF3;w. Swobodnym tonem wymieni&#x142;y kilka ploteczek, najprawdopodobniej zmy&#x15B;lonych na poczekaniu. Ani jedno wypowiedziane zdanie nie zdradza&#x142;o, &#x17C;e wydzia&#x142;y si&#x119; kilka godzin temu, w zupe&#x142;nie innych okoliczno&#x15B;ciach.</p><hr><p>W minimarkecie brak by&#x142;o, rzecz jasna, tradycyjnych organ&#xF3;w, kt&#xF3;re gra&#x107; by mog&#x142;y tradycyjne &#x15B;lubne melodie. Jaka&#x15B; muzyka by&#x142;a jednak konieczna, jako &#x17C;e oficjalna ceremonia w&#x142;a&#x15B;nie si&#x119; zaczyna&#x142;a. Maj&#x105;c to na wzgl&#x119;dzie, starszy cz&#x142;owiek, wygl&#x105;daj&#x105;cy na gospodarza, postawi&#x142; na stole du&#x17C;y magnetofon i z po&#x15B;piechem przegl&#x105;da&#x142; stert&#x119; kaset, szukaj&#x105;c czego&#x15B; odpowiedniego. Po chwili rozleg&#x142;y si&#x119; pierwsze takty, kt&#xF3;re rozpozna&#x142;em jako utw&#xF3;r Toola. Niekt&#xF3;rzy go&#x15B;cie zacz&#x119;li niezdarnie podrygiwa&#x107;.</p><p>&quot;Nie s&#x142;ysza&#x142;em tego kawa&#x142;ka od lat&quot; - mrukn&#x105;&#x142;em do Beaty w u&#x15B;miechem. Nie by&#x142;em pewien, czego s&#x142;uchaj&#x105; teraz m&#x142;odzi anarchi&#x15B;ci, ale przysz&#x142;a mi do g&#x142;owy pewna my&#x15B;l, kt&#xF3;ra, jak s&#x105;dzi&#x142;em, mog&#x142;aby zaskarbi&#x107; mi jej sympati&#x119;. - &quot;Kto&#x15B; m&#xF3;g&#x142;by powiedzie&#x107;&quot; - zacz&#x105;&#x142;em powoli, - &quot;&#x17C;e Tool na weselu to absolutne pogwa&#x142;cenie decorum. Ale, m&#xF3;wi&#x105;c szczerze, mam ju&#x17C; serdecznie do&#x15B;&#x107; tych tradycyjnych &#x15B;lubnych melodii. Na ka&#x17C;dym &#x15B;lubie to samo rz&#x119;polenie! Na moim &#x15B;lubie te&#x17C; chcia&#x142;bym pu&#x15B;ci&#x107; Toola, my&#x15B;l&#x119; &#x17C;e to dobra muzyka, i bardzo bezpretensjonalny pomys&#x142; na imprez&#x119;.&quot;</p><p>Beata skrzywi&#x142;a si&#x119; bole&#x15B;nie i lekko odsun&#x119;&#x142;a ode mnie, nie patrz&#x105;c mi nawet w oczy. Nagle zrozumia&#x142;em swoje faux pas. Zapomnia&#x142;em, jakie recenzje zebra&#x142;a nowa p&#x142;yta - marzenia i mokre sny ca&#x142;ego pokolenia zmieszane z b&#x142;otem, nawet Taylor Swift wpad&#x142;a w depresj&#x119;. Chyba w&#x142;a&#x15B;nie przekre&#x15B;li&#x142;em wszystkie moje szanse.</p><p>Dziewczyna z wytatuowan&#x105; pi&#x119;&#x15B;ci&#x105;, s&#x142;ysz&#x105;c moj&#x105; gaf&#x119;, postanowi&#x142;a podratowa&#x107; sytuacj&#x119;, zr&#x119;cznie zmieniaj&#x105;c temat.</p><p>&quot;To troch&#x119; nie&#x142;adnie, &#x17C;e nas nie zaprosili na d&#xF3;&#x142;, nie s&#x105;dzisz?&quot; - zagai&#x142;a do Beaty. - &quot;Ja tam si&#x119; nie obra&#x17C;am, ale ty by&#x15B; mog&#x142;a, nie by&#x142;y&#x15B;cie czasem bliskimi przyjaci&#xF3;&#x142;kami?&quot;</p><p>&quot;C&#xF3;&#x17C;, te&#x17C; tak mi si&#x119; zdawa&#x142;o&quot; - odpar&#x142;a Beata lakonicznie.</p><p>&quot;To mo&#x17C;e wbijemy si&#x119; na d&#xF3;&#x142;?&quot; - zaproponowa&#x142;a dziewczyna z filuternym u&#x15B;miechem i nieznacznie pu&#x15B;ci&#x142;a oko do swojej rozm&#xF3;wczyni. Nie czekaj&#x105;c na odpowied&#x17A;, zawo&#x142;a&#x142;a g&#x142;o&#x15B;no: &quot;S&#x142;uchajcie, nie b&#x119;dziemy tu czeka&#x107;, podczas gdy ca&#x142;a impreza jest na dole! Je&#x15B;li para m&#x142;oda was nie zaprosi&#x142;a, to ja was zapraszam!&quot;</p><p>To m&#xF3;wi&#x105;c, cisn&#x119;&#x142;a szklank&#x119; o ziemi&#x119; i z dziwnie powa&#x17C;n&#x105; min&#x105; zbieg&#x142;a na d&#xF3;&#x142; po schodach. Spojrzeli&#x15B;my na siebie z Beat&#x105;, wzruszy&#x142;em oboj&#x119;tnie ramionami. Beata pobieg&#x142;a w &#x15B;lady kole&#x17C;anki, a chwil&#x119; za ni&#x105; poszed&#x142;em i ja.</p><hr><p>Oci&#x105;ga&#x142;em si&#x119; nieco, bo nie wiedzia&#x142;em, czego si&#x119; spodziewa&#x107;. Ani to miejsce, ani towarzystwo nie by&#x142;y mi znane. Klatka schodowa by&#x142;a wysoko sklepiona, ciemna i brudna, o&#x15B;wietlona z rzadka s&#x142;abymi jarzeni&#xF3;wkami. Spiralne schody musia&#x142;y prowadzi&#x107; przynajmniej dwa lub trzy pi&#x119;tra w d&#xF3;&#x142;, prawdopodobnie do piwnicy. Nie widzia&#x142;em ani ich ko&#x144;ca, ani nie widzia&#x142;em Beaty, kt&#xF3;ra pobieg&#x142;a przede mn&#x105; i musia&#x142;a by&#x107; ju&#x17C; na dole.</p><p>Reszta go&#x15B;ci najwyra&#x17A;niej nie kwapi&#x142;a si&#x119; by do nas do&#x142;&#x105;czy&#x107;. Jedyn&#x105; osob&#x105;, kt&#xF3;ra sz&#x142;a za mn&#x105;, by&#x142;a m&#x142;oda dziewczyna o wygl&#x105;dzie profesjonalnej bibliotekarki, w grubych okr&#x105;g&#x142;ych szk&#x142;ach i rozci&#x105;gni&#x119;tym swetrze. Wygl&#x105;da&#x142;a na bardzo zahukan&#x105;, ostro&#x17C;nie stawia&#x142;a kroki i unika&#x142;a mojego wzroku. Nie wygl&#x105;da&#x142;a mi na anarchistk&#x119;, prawdopodobnie by&#x142;a jedn&#x105; z nielicznych os&#xF3;b na weselu kt&#xF3;re - tak jak ja - trafi&#x142;y tam przypadkiem, i nie do ko&#x144;ca rozumia&#x142;y, co si&#x119; dzieje.</p><p>Schody &#x15B;mierdzia&#x142;y st&#x119;chlizn&#x105;, wzd&#x142;u&#x17C; &#x15B;cian przemyka&#x142;y karaluchy. Zeszli&#x15B;my ju&#x17C; prawie dwa pi&#x119;tra w d&#xF3;&#x142;, nie napotykaj&#x105;c &#x17C;adnych pomieszcze&#x144;. Ciemno&#x15B;&#x107; zdawa&#x142;a si&#x119; t&#x142;umi&#x107; &#x15B;wietl&#xF3;wki tym mocniej, im g&#x142;&#x119;biej schodzili&#x15B;my. Z do&#x142;u zacz&#x105;&#x142; dobiega&#x107; nas przyt&#x142;umiony ha&#x142;as. Przypomina&#x142;o to tupot biegn&#x105;cych st&#xF3;p, zmieszany z niespokojnymi g&#x142;osami wielu ludzi - wielu wi&#x119;cej, ni&#x17C; na moich oczach zesz&#x142;o po schodach. Po ma&#x142;u zaczyna&#x142;o do mnie dociera&#x107;, &#x17C;e cokolwiek dzieje si&#x119; na dole, nie jest to na pewno &#x15B;lubna ceremonia.</p><p>Dotarli&#x15B;my w ko&#x144;cu na najni&#x17C;szy poziom i oczom naszym okaza&#x142;o si&#x119; dwoje zamkni&#x119;tych drzwi, ka&#x17C;de z nich wyposa&#x17C;one w ma&#x142;e, zakratowane okienko z m&#x119;tnego szk&#x142;a. Drzwi po prawej by&#x142;y znacznie wi&#x119;ksze, wykonane z zardzewia&#x142;ej stali i zaryglowane pot&#x119;&#x17C;n&#x105; zasuw&#x105;. Przypomina&#x142;y wej&#x15B;cie do przemys&#x142;owej hali... A mo&#x17C;e do kopalnianego szybu? Czy to tak anarchistom uda&#x142;o si&#x119; tu dosta&#x107;? Za okienkiem panowa&#x142;a nieprzenikniona ciemno&#x15B;&#x107;.</p><p>Drzwi po lewej by&#x142;y drewniane, i to zza nich dobiega&#x142; harmider. Z okienka bi&#x142;o &#x15B;wiat&#x142;o i dostrzec mog&#x142;em sylwetki przebiegaj&#x105;cych ludzi. Na ziemi zauwa&#x17C;y&#x142;em liczne &#x15B;lady zab&#x142;oconych but&#xF3;w, prowadz&#x105;ce z prawa na lewo.</p><p>Bibliotekarka wygl&#x105;da&#x142;a na jeszcze bardziej zdezorientowan&#x105; ni&#x17C; ja, i wci&#x105;&#x17C; unika&#x142;a mojego wzroku, musia&#x142;em wi&#x119;c samodzielnie podj&#x105;&#x107; decyzj&#x119;. Podszed&#x142;em do drewnianych drzwi po lewej. Czuj&#x105;c, &#x17C;e pope&#x142;niam b&#x142;&#x105;d, nie mog&#x105;c jednak okie&#x142;zna&#x107; ciekawo&#x15B;ci, poci&#x105;gn&#x105;&#x142;em klamk&#x119;.</p><hr><p>Moje zmys&#x142;y porazi&#x142; ch&#xF3;r bolesnych krzyk&#xF3;w, jaskrawe &#x15B;wiat&#x142;o i niezno&#x15B;ny od&#xF3;r krwi, potu i spirytusu. W u&#x142;amku chwili uchwyci&#x142;em wzrokiem ca&#x142;e pomieszczenie: ogromn&#x105; hal&#x119;, przepe&#x142;nion&#x105; le&#x17C;&#x105;cymi na pod&#x142;odze rannymi i umieraj&#x105;cymi. Wok&#xF3;&#x142; nich boj&#xF3;wkarze w podartych drelichach i z karabinami u boku biegali z szale&#x144;stwem w oczach, pr&#xF3;buj&#x105;c zaszywa&#x107; rany, tamowa&#x107; krwotoki i wpycha&#x107; bebechy z powrotem w rozerwane brzuchy ich przyjaci&#xF3;&#x142;. Dziesi&#x105;tki par gniewnych i przera&#x17C;onych oczu nagle spojrza&#x142;o na mnie, r&#x119;ce odruchowo si&#x119;gn&#x119;&#x142;y po bro&#x144;. Wszystko to trwa&#x142;o ledwie chwil&#x119;, obecni w zaimprowizowanym szpitalu anarchi&#x15B;ci nie zd&#x105;&#x17C;yli zareagowa&#x107; na moj&#x105; nieproszon&#x105; obecno&#x15B;&#x107;, nim na powr&#xF3;t zatrzasn&#x105;&#x142;em drzwi.</p><p>Wiedzia&#x142;em, &#x17C;e musz&#x119; ucieka&#x107;, ale nie wiedzia&#x142;em dok&#x105;d. Sparali&#x17C;owany strachem i potworno&#x15B;ci&#x105;, kt&#xF3;r&#x105; zobaczy&#x142;em, przez trwaj&#x105;c&#x105; wieczno&#x15B;&#x107; sekund&#x119; sta&#x142;em jak s&#x142;up soli, biernie czekaj&#x105;c na rozw&#xF3;j zdarze&#x144;.</p><p>Wtem z drugiej strony, zza zaryglowanych drzwi rozleg&#x142;o si&#x119; pukanie, a zaraz po nim &#x142;omot, jakby kto&#x15B; bezskutecznie pr&#xF3;bowa&#x142; je wywa&#x17C;y&#x107;. Pukanie powt&#xF3;rzy&#x142;o si&#x119;.</p><p>&quot;Kto tam?&quot; - zapyta&#x142;a odruchowo bibliotekarka, wci&#x105;&#x17C; bezradnie stoj&#x105;ca tu&#x17C; za mn&#x105;.</p><p>&quot;Policja, prosz&#x119; otworzy&#x107;!&quot; - kto&#x15B; krzykn&#x105;&#x142; z drugiej strony. - &quot;Mamy nakaz od prokuratora!&quot;</p><p>Chcia&#x142;em krzykn&#x105;&#x107;, ale z mojego gard&#x142;a wydoby&#x142; si&#x119; tylko zduszony j&#x119;k. Moja wyci&#x105;gni&#x119;ta w panice r&#x119;ka nie dosi&#x119;gn&#x119;&#x142;a w por&#x119; nieszcz&#x119;snej bibliotekarki, kt&#xF3;ra, niewinna jak dzieci&#x119;, sprawnie otworzy&#x142;a zasuw&#x119;. Drzwi rozwar&#x142;y si&#x119; b&#x142;yskawicznie i wla&#x142;a si&#x119; przez nie armia antyterroryst&#xF3;w. Salwa z karabin&#xF3;w maszynowych roz&#x15B;wietli&#x142;a mrok piwnicy.</p>]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[O godzinie 18:00 muszka owocówka]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>O godzinie 18:00 muszka owoc&#xF3;wka 
Zobaczy&#x142;a u siebie pierwszy siwy w&#x142;os
Nie martw si&#x119;, s&#x142;o&#x144;ce jeszcze nie zachodzi
Zmierz palcem, do horyzontu 7cm
Poczytajmy ksi&#x105;&#x17C;k&#x119;, chod&#x17A;my na ta&#x144;ce
Nie, lepiej</code></pre>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/o-godzinie-18-00-muszka-owocowka/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7b</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Fri, 02 Aug 2019 15:20:01 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: html--><pre><code>O godzinie 18:00 muszka owoc&#xF3;wka 
Zobaczy&#x142;a u siebie pierwszy siwy w&#x142;os
Nie martw si&#x119;, s&#x142;o&#x144;ce jeszcze nie zachodzi
Zmierz palcem, do horyzontu 7cm
Poczytajmy ksi&#x105;&#x17C;k&#x119;, chod&#x17A;my na ta&#x144;ce
Nie, lepiej pocieszy&#x107; si&#x119; s&#x142;o&#x144;cem
Jeszcze tyle przed nami
Jeszcze 6

Czy trzeba by&#x142;o je&#x15B;&#x107; jab&#x142;ko od 11:00 do 13:00
Czy m&#xF3;j partner seksualny z 14:30 my&#x15B;li jeszcze o mnie
Si&#x105;d&#x17A;my nad kana&#x142;em, wypijmy browarka
Jeszcze 5

Dok&#x105;d muszko odlatujesz
N&#xF3;&#x17C;ki za&#x142;amawszy na odw&#x142;ok
Zosta&#x144;, zapami&#x119;tajmy t&#x119; chwil&#x119;
Na pewno tu jeszcze wr&#xF3;cimy 
Widzisz, s&#x142;o&#x144;ce jarzy si&#x119; jeszcze 
Czerwono, by nie prze&#x15B;wietli&#x107; nam kliszy
Jeszcze 4
</code></pre><!--kg-card-end: html-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Modlitwa (Jeśli jedna zwykła żaba kosztowałaby 10 PLN)]]></title><description><![CDATA[<pre><code>Za&#x142;&#xF3;&#x17C;my koszt jednej &#x17C;aby r&#xF3;wny 10 z&#x142;otych
To jaki jest koszt takiej plagi spuszczonej przez Ciebie
Wiem, to nie m&#xF3;j interes, Twoje &#x17C;aby, krowy
Ale czy to si&#x119; komukolwiek op&#x142;aca to nie wiem

Zwyk&#x142;</code></pre>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/modlitwa-jesli-jedna-zwykla-zaba-kosztowalaby-10-pln/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c7a</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Fri, 31 May 2019 18:15:55 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<pre><code>Za&#x142;&#xF3;&#x17C;my koszt jednej &#x17C;aby r&#xF3;wny 10 z&#x142;otych
To jaki jest koszt takiej plagi spuszczonej przez Ciebie
Wiem, to nie m&#xF3;j interes, Twoje &#x17C;aby, krowy
Ale czy to si&#x119; komukolwiek op&#x142;aca to nie wiem

Zwyk&#x142;em wzdycha&#x107;, Bo&#x17C;e, daj mi spok&#xF3;j duszy
Uczy&#x144; mi jak zechcesz, wedle Twego s&#x142;owa
Teraz wzdycham, Bo&#x17C;e, daj mi &#x15B;wi&#x119;ty spok&#xF3;j
Bo&#x17C;e, nie czy&#x144; wi&#x119;cej, Jezu, moja g&#x142;owa

Zrozum no, nie zrobisz ze mnie nigdy Hioba
Tobie to nie zaszkodzi, za to mi pomo&#x17C;e
Tu, na Ziemi, po ka&#x17C;dej &#x17C;abie jest &#x17C;a&#x142;oba
Teraz tylko wzdycham, odpierdol si&#x119;, Bo&#x17C;e</code></pre>]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Delikatność]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>By&#x142;o lato i rozpocz&#x105;&#x142; si&#x119; sezon l&#x119;gowy go&#x142;&#x119;bi. Go&#x142;&#x119;bie nie s&#x142;yn&#x105; z najlepiej zaprojektowanych gniazd ani z najlepiej dobranych lokalizacji. Postronny obserwator w&#x105;tpi&#x107; m&#xF3;g&#x142;by nie tylko w</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/delikatnosc/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c79</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Sun, 08 Jul 2018 23:05:55 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>By&#x142;o lato i rozpocz&#x105;&#x142; si&#x119; sezon l&#x119;gowy go&#x142;&#x119;bi. Go&#x142;&#x119;bie nie s&#x142;yn&#x105; z najlepiej zaprojektowanych gniazd ani z najlepiej dobranych lokalizacji. Postronny obserwator w&#x105;tpi&#x107; m&#xF3;g&#x142;by nie tylko w ich szczere ch&#x119;ci efektywnego odchowania potomstwa, ale nawet w skuteczno&#x15B;&#x107; os&#x142;awionej zasady doboru naturalnego.</p>
<p>Na ca&#x142;ej d&#x142;ugo&#x15B;ci ulicy gniazda go&#x142;&#x119;bie znale&#x17A;&#x107; mo&#x17C;na by&#x142;o pod ka&#x17C;dym s&#x142;upkiem, znakiem drogowym, w rynsztoku i na podje&#x17A;dzie. Ka&#x17C;de sk&#x142;ada&#x142;o si&#x119; z pi&#x119;ciu patyk&#xF3;w na krzy&#x17C;, a w ka&#x17C;dym nastroszona go&#x142;&#x119;bica, zawsze wygl&#x105;daj&#x105;ca na lekko zdezorientowan&#x105; i zaniepokojon&#x105;, jak gdyby zaskoczon&#x105; tym, gdzie si&#x119; znalaz&#x142;a, i nag&#x142;ym przygniataj&#x105;cym j&#x105; ci&#x119;&#x17C;arem odpowiedzialno&#x15B;ci. Go&#x142;&#x119;bice przypominaj&#x105; mi wiejskie nastolatki, kt&#xF3;rym nikt nigdy nie powiedzia&#x142; o istnieniu antykoncepcji, i kt&#xF3;re dowiaduj&#x105; si&#x119;, &#x17C;e s&#x105; w ci&#x105;&#x17C;y, dopiero kiedy zwr&#xF3;ci im na to uwag&#x119; ksi&#x105;dz w konfesjonale.</p>
<p>Jak zwykle w takich razach (bo tak dzia&#x142;a prawo natury), zjawi&#x142;y si&#x119; drapie&#x17C;niki. Sroki, wyj&#x105;tkowo pod&#x142;e stworzenia, cho&#x107; z drugiej strony ignorancj&#x105; jest mierzy&#x107; je miark&#x105; ludzkiej naszej moralno&#x15B;ci. A jednak serce mi si&#x119; kraje kiedy widz&#x119;, jak te sprytne, skoczne l&#x15B;ni&#x105;copi&#xF3;rki czyhaj&#x105; w najbardziej bezduszny spos&#xF3;b na okazj&#x119; aby wy&#x17C;re&#x107; z gniazd jajka. Jest co&#x15B; poruszaj&#x105;cego w tej durnej bezbronno&#x15B;ci go&#x142;&#x119;bicy, kt&#xF3;ra ledwo wyjdzie jedn&#x105; nog&#x105; z gniazda, aby napi&#x107; si&#x119; wody, a ju&#x17C; ma za sob&#x105; wredn&#x105; srok&#x119;, i patrzy si&#x119; w przera&#x17C;onym ot&#x119;pieniu jak jej potomstwo niknie w gardzieli natr&#x119;ta. Nie potrafi&#x105;c si&#x119; z tym pogodzi&#x107;, gania&#x142;em od gniazda do gniazda, pr&#xF3;buj&#x105;c odstrasza&#x107; jajo&#x17C;erc&#xF3;w. Ledwo jednak odgoni&#x142;em jedn&#x105;, ju&#x17C; k&#x105;tem oka widzia&#x142;em kolejn&#x105; (a czasem nawet t&#x119; sam&#x105;!) kt&#xF3;ra dobiera&#x142;a si&#x119; do innego gniazda sto metr&#xF3;w ode mnie. Kilka razy dobieg&#x142;em za p&#xF3;&#x17A;no, kilka za&#x15B; w sam raz w por&#x119;, aby ujrze&#x107; okrutnie podziobane i pop&#x119;kane jajo &#x2013; cho&#x107; jeszcze nie dziurawe, ale czy cokolwiek (lub ktokolwiek) si&#x119; z niego wyl&#x119;gnie?</p>
<p>Raz tak&#x17C;e zdarzy&#x142;o mi si&#x119;, &#x17C;e jedna ze srok, wyj&#x105;tkowo uparta, nie da&#x142;a si&#x119; odgoni&#x107;. Wiesz, sroki to s&#x105; jednak bardzo bystre stworzenia. Go&#x142;&#x105;b nie uczy si&#x119; na b&#x142;&#x119;dach, go&#x142;&#x119;bia &#x142;atwo jest przechytrzy&#x107;. Sroka natomiast, ho ho, ta to umie rzeczy. Ona zrobi w wa&#x142;a nawet cz&#x142;owieka. Machn&#x105;&#x142;em wi&#x119;c r&#x119;k&#x105;, sroka odskoczy&#x142;a &#x2013; ale gdzie&#x17C;by tam mia&#x142;a uciec. Wiedzia&#x142;a dobrze, cwana sukinsynka, &#x17C;e za moment pobiegn&#x119; na koniec ulicy. Cierpliwo&#x15B;&#x107;, niestety jest ich mocn&#x105; stron&#x105;. Co wi&#x119;c mia&#x142;em zrobi&#x107;, trzepn&#x105;&#x142;em j&#x105; do&#x15B;&#x107; mocno... mo&#x17C;e ciut za mocno.</p>
<p>Skrzyd&#x142;o sroki wykrzywi&#x142;o si&#x119; nieco. Patrzy&#x142;a na nie zdziwiona przez d&#x142;u&#x17C;sz&#x105; chwil&#x119;. Zrobi&#x142;o mi si&#x119; strasznie g&#x142;upio i nasz&#x142;y mnie powa&#x17C;ne my&#x15B;li egzystancjalnej natury. Kim&#x17C;e jestem aby ingerowa&#x107; w ten naturalny cykl &#x17C;ycia i &#x15B;mierci?</p>
<p>Ostatecznie jednak nie musia&#x142;em czu&#x107; si&#x119; nazbyt winny. Ewidentnie przegrywa&#x142;em t&#x119; wojn&#x119;. Postanowi&#x142;em zrobi&#x107;, jak na bia&#x142;ego cz&#x142;owieka przysta&#x142;o: uspokoi&#x107; swe sumienie jednym drobnym uczynkiem, tam, gdzie w globalnej skali wiele zdzia&#x142;a&#x107; si&#x119; nie da&#x142;o. Zgarn&#x105;&#x142;em najbli&#x17C;sz&#x105; go&#x142;&#x119;bic&#x119; wraz z jej jajami z gniazda, czy te&#x17C; tego, co go&#x142;&#x119;bie nazywaj&#x105; gniazdami... a raczej tego, co my nazywamy gniazdami, przez analogi&#x119; funkcjonaln&#x105;. Zapakowa&#x142;em je do plastikowego pojemnika i zanios&#x142;em do domu. Wi&#x119;kszo&#x15B;&#x107; z jajek by&#x142;a niestety pop&#x119;kana, lekko lub powa&#x17C;nie. Trudno opisa&#x107; ile stresu kosztowa&#x142;o mnie przeniesienie je dr&#x17C;&#x105;cymi r&#x119;koma na plastikow&#x105; tack&#x119;, nie m&#xF3;wi&#x105;c o drodze do domu, potem za&#x15B; wielokrotnie musia&#x142;em jeszcze przek&#x142;ada&#x107; je z miejsca na miejsce, i za ka&#x17C;dym razem naje&#x15B;&#x107; si&#x119; strachu. Dzi&#x119;ki bogu ptasiemu, &#x17C;e ani nie potkn&#x105;&#x142;em si&#x119;, ani &#x17C;adna inna niefortunna przygoda nie splami&#x142;a r&#x105;k mych posok&#x105;, bia&#x142;kiem i &#x17C;&#xF3;&#x142;tkiem. By&#x142; to jednak wyczyn tytaniczny i nie bez konsekwencji dla mojego zdrowia psychicznego.</p>
<p>By&#x142;bym przy tym g&#x142;upcem, gdybym zak&#x142;ada&#x142;, &#x17C;e sroki dadz&#x105; tak &#x142;atwo za wygran&#x105;. Ju&#x17C; po kilku minutach kilka z nich pr&#xF3;bowa&#x142;o dosta&#x107; si&#x119; do domu. Musia&#x142;em pozamyka&#x107; okna, ale o tej porze roku sprawia&#x142;o to, ze wewn&#x105;trz z ledwo&#x15B;ci&#x105; da&#x142;o si&#x119; wytrzyma&#x107; z gor&#x105;ca. A przecie&#x17C; wa&#x17C;nym elementem mojej nowo nabytej odpowiedzialno&#x15B;ci by&#x142;o zadba&#x107; o odpowiedni&#x105; temperatur&#x119;. Dojrzewa&#x142;em powoli w tej relacji, kt&#xF3;ra cho&#x107; przysz&#x142;a niespodziewanie i bynajmniej nie na fali obustronnego entuzjazmu, sta&#x142;a si&#x119; jednak dla mnie czym&#x15B; wystarczaj&#x105;co wa&#x17C;nym, aby odrzuci&#x107; na bok me l&#x119;ki i egoizm. Pociesza&#x142;a mnie my&#x15B;l, &#x17C;e nawet je&#x15B;li moje dwadzie&#x15B;cia osiem lat okaza&#x142;y si&#x119; zbyt kr&#xF3;tkie by dorosn&#x105;&#x107;, go&#x142;&#x119;biom nie wystarczy&#x142;o na to ostatnie sto milion&#xF3;w lat ewolucji, a zdawa&#x142;oby si&#x119;, &#x17C;e przetrwanie gen&#xF3;w to motywacja, kt&#xF3;ra nie poddaje si&#x119; inercji nihilizmu i oboj&#x119;tno&#x15B;ci.</p>
<p>Historia ta pozostawi&#x142;a mnie w poczuciu wielkiej wra&#x17C;liwo&#x15B;ci wszelkiego bytu. Rzeczywisto&#x15B;&#x107; jawi mi si&#x119; dzi&#x15B; jako to jaj&#x119; pop&#x119;kane, na kt&#xF3;re czatuje drapie&#x17C;nik. Ledwo wolno mi jej dotkn&#x105;&#x107;, a jednak szanowa&#x107; musz&#x119;, i kocha&#x107;, i chroni&#x107;.</p>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #36: Ryś]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>By&#x107; mo&#x17C;e nieopatrznie nieco wybra&#x142;em drog&#x119; przez park. Jak wiadomo, klimat si&#x119; ociepla, przez co w parkach miejskich poczynaj&#x105; gnie&#x17A;dzi&#x107; si&#x119; rozmaite gatunki, kt&#xF3;re dawniej nie by&#x142;y znane w naszym miejskim ekosystemie. Mija&#x142;</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-36-rys/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c77</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Fri, 29 Dec 2017 15:41:00 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>By&#x107; mo&#x17C;e nieopatrznie nieco wybra&#x142;em drog&#x119; przez park. Jak wiadomo, klimat si&#x119; ociepla, przez co w parkach miejskich poczynaj&#x105; gnie&#x17A;dzi&#x107; si&#x119; rozmaite gatunki, kt&#xF3;re dawniej nie by&#x142;y znane w naszym miejskim ekosystemie. Mija&#x142;em ju&#x17C; ostatnie z s&#x119;katych parkowych sosen, kiedy nagle znik&#x105;d pojawi&#x142; si&#x119; obok mnie -- ry&#x15B;. Wyj&#x105;tkowo du&#x17C;y, musz&#x119; doda&#x107;, cho&#x107; nigdy wcze&#x15B;niej nie widzia&#x142;em rysia, wi&#x119;c nie mam dobrego por&#xF3;wnania. Szaro-burej ma&#x15B;ci wielki kocur z d&#x142;ugim, puszystym ogonem i czarnymi p&#x119;dzelkami na czubkach uszu. W k&#x142;&#x119;bie wysoki jak bernardyn, lecz porusza&#x142; si&#x119; z wielk&#x105; swobod&#x105; i niewymuszon&#x105; gracj&#x105;.</p>
<p>Jak ka&#x17C;dy kot, zbli&#x17C;y&#x142; si&#x119; do mnie jak gdyby robi&#x142; mi &#x142;ask&#x119;, wyra&#x17C;aj&#x105;c bardzo umiarkowane zainteresowanie moj&#x105; osob&#x105;. Wybra&#x142; mnie jednak na obiekt o kt&#xF3;ry chcia&#x142;by si&#x119; otrze&#x107; ochem, karkiem, &#x142;opatk&#x105; i grzbietem. Zrobi&#x142; zgrabn&#x105; &#xF3;semk&#x119; przechodz&#x105;c mi&#x119;dzy moimi nogami, po czym powoli usiad&#x142; obok. Tak si&#x119; sk&#x142;ada, &#x17C;e bardzo mi si&#x119; spieszy&#x142;o, nie mog&#x142;em wi&#x119;c zatrzyma&#x107; si&#x119; na d&#x142;u&#x17C;sz&#x105; chwil&#x119;. Zrobi&#x142; na mnie jednak piorunuj&#x105;ce wra&#x17C;enie, wywo&#x142;uj&#x105;c we mnie szczeg&#xF3;ln&#x105; mieszank&#x119; zachwytu i l&#x119;ku. Z jednej strony, jako mi&#x142;o&#x15B;nik zwierz&#x105;t, a w szczeg&#xF3;lno&#x15B;ci kot&#xF3;w, nie mog&#x142;em nie podziwia&#x107; jego wyj&#x105;tkowego uroku osobistego i nies&#x142;ychanej puszysto&#x15B;ci jego futra. Z drugiej strony, bestia by&#x142;a ogromna i trwa&#x142;em w bolesnej &#x15B;wiadomo&#x15B;ci, &#x17C;e najmniejszy fa&#x142;szywy ruch z mojej strony mo&#x17C;e sko&#x144;czy&#x107; si&#x119; dla mnie &#x15B;mierci&#x105;. Ry&#x15B; spogl&#x105;da&#x142; na mnie przelotnie bez wi&#x119;kszego zainteresowania, lecz co chwila obna&#x17C;a&#x142; ostre jak ig&#x142;y k&#x142;y, i niew&#x105;tpliwie &#x142;atwo by&#x142;oby go rozgniewa&#x107;. Ba&#x142;em si&#x119; nawet go pog&#x142;aska&#x107; w obawie o w&#x142;asne &#x17C;ycie.</p>
<p>Po chwili namys&#x142;u ruszy&#x142;em w dalsz&#x105; drog&#x119;. Nie by&#x142;o mi jednak dane odechn&#x105;&#x107; z ulg&#x105;, gro&#x17A;na przygoda bynajmniej nie chcia&#x142;a si&#x119; jeszcze zako&#x144;czy&#x107;. Ry&#x15B; ruszy&#x142; za mn&#x105;.</p>
<p>- M&#xF3;j drogi, zosta&#x144; lepiej w parku. Spiesz&#x119; si&#x119; na poci&#x105;g, nie mo&#x17C;esz i&#x15B;&#x107; ze mn&#x105;.</p>
<p>Ry&#x15B; zignorowa&#x142; moje s&#x142;owa. Kiedy sta&#x142;em, on obchodzi&#x142; mnie na oko&#x142;o. Kiedy szed&#x142;em, szed&#x142; tu&#x17C; obok, to zn&#xF3;w za mn&#x105; lub przede mn&#x105;, co chwila w&#x142;a&#x17C;&#x105;c mi pod nogi i ocieraj&#x105;c si&#x119; o mnie.</p>
<p>Doszed&#x142;em w ko&#x144;cu na stacj&#x119; i wsiad&#x142;em do poci&#x105;gu. Szczerze pragn&#x105;&#x142;em zniech&#x119;ci&#x107; mojego towarzysza do kontynuowania ze mn&#x105; podr&#xF3;&#x17C;y, ba&#x142;em si&#x119; jednak nawet go dotkn&#x105;&#x107;, co dopiero u&#x17C;ywa&#x107; wobec niego przemocy -- a bez przemocy nie uda&#x142;oby mi si&#x119; go powstrzyma&#x107;. Ry&#x15B; rozwali&#x142; si&#x119; na siedzeniu obok mnie, zajmuj&#x105;c ca&#x142;y fotel. By&#x142;o to bardzo niepokoj&#x105;ce. Czy powinienem kupi&#x107; mu bilet? -- zastanawia&#x142;em si&#x119; gor&#x105;czkowo. Za chwil&#x119; przyjdzie kontrola, a w poci&#x105;gu jest do&#x15B;&#x107; t&#x142;oczno. Co&#x15B; takiego wydaje si&#x119; niezgodne z prawem.</p>
<p>- Prosz&#x119; bileciki do kontroli -- rozleg&#x142; si&#x119; g&#x142;os tu&#x17C; za moim uchem.</p>
<p>- Panie konduktorze...</p>
<p>- Przykro mi, rysie s&#x105; niedozwolone. B&#x119;dzie kara. Ponadto, prosz&#x119; wysadzi&#x107; rysia na najbli&#x17C;szym peronie.</p>
<p>- Szanowny panie, nie zamierzam zostawia&#x107; go na &#x17C;adnym peronie. Czy pan zdaje sobie spraw&#x119;, &#x17C;e jest to zagro&#x17C;ony gatunek?</p>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #35: Branie spraw w swoje ręce - Część I]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>Mo&#x17C;na powiedzie&#x107;, &#x17C;e wszystko zacz&#x119;&#x142;o si&#x119; od tego, &#x17C;e nied&#x17A;wied&#x17A; urwa&#x142; si&#x119; ze sznurka, na kt&#xF3;rym by&#x142; przywi&#x105;zany jako obci&#x105;&#x17C;nik. By&#x142;o to bardzo niefortunne, bowiem na</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-35-branie-spraw-w-swoje-rece-czesc-i/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c76</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Fri, 17 Nov 2017 15:41:00 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>Mo&#x17C;na powiedzie&#x107;, &#x17C;e wszystko zacz&#x119;&#x142;o si&#x119; od tego, &#x17C;e nied&#x17A;wied&#x17A; urwa&#x142; si&#x119; ze sznurka, na kt&#xF3;rym by&#x142; przywi&#x105;zany jako obci&#x105;&#x17C;nik. By&#x142;o to bardzo niefortunne, bowiem na zapewnianym przeze&#x144; obci&#x105;&#x17C;eniu polega&#x142;a ca&#x142;a konstrukcja inteligentnej, autonomicznej tratwy, oraz zbudowanej na tratwie tytanowej klatki. W momencie, w kt&#xF3;rym sznurek si&#x119; urwa&#x142; a nied&#x17A;wied&#x17A; z &#x142;omotem spad&#x142; na d&#xF3;&#x142;, ca&#x142;y misterny system zabezpiecze&#x144; zawi&#xF3;d&#x142;, klatka si&#x119; otworzy&#x142;a a metalowe pr&#x119;ty opad&#x142;y bezw&#x142;adnie. Tyranozaur m&#xF3;g&#x142; teraz bez przeszk&#xF3;d skonsumowa&#x107; nied&#x17A;wiedzia a nast&#x119;pnie opu&#x15B;ci&#x107; klatk&#x119;, co te&#x17C; skwapliwie uczyni&#x142;, wskakuj&#x105;c do wody i wdzi&#x119;cznie niczym m&#x142;oda wydra p&#x142;yn&#x105;c ku majacz&#x105;cemu we mgle nabrze&#x17C;u. Ca&#x142;a ta tragedia tak w&#x142;a&#x15B;nie si&#x119; zacz&#x119;&#x142;a i w&#xF3;wczas by&#x142;em jeszcze &#x15B;wi&#x119;cie przekonany, &#x17C;e by&#x142; to zupe&#x142;nie niewinny zbieg okoliczno&#x15B;ci.</p>
<p>Kierownictwo uczy&#x142;o si&#x119; na b&#x142;&#x119;dach i baza by&#x142;a znacznie lepiej przygotowana i wyposa&#x17C;ona ni&#x17C; za kilkoma poprzednimi razami, kt&#xF3;re zako&#x144;czy&#x142;y si&#x119; potworn&#x105; krwaw&#x105; hekatomb&#x105; personelu naukowego i eksterminacj&#x105; ca&#x142;ej ludzkiej populacji wyspy przez wyg&#x142;odnia&#x142;e prehistoryczne bestie. Liczna i &#x15B;wietnie wyszkolona ochrona wyspy dysponowa&#x142;a nowoczesn&#x105; broni&#x105; pancern&#x105; i biologiczn&#x105;, wliczaj&#x105;c w to karabiny na&#x142;adowane morderczymi szczepionkami, zawieraj&#x105;cymi rt&#x119;&#x107;, aluminium i r&#xF3;&#x17C;ne pierwiastki ci&#x119;&#x17C;kie, a tak&#x17C;e czo&#x142;gi, &#x15B;mig&#x142;owce i inne konwencjonalne narz&#x119;dzia zag&#x142;ady. Nie by&#x142;o si&#x119; czego ba&#x107;.</p>
<p>Nie by&#x142;em w zwi&#x105;zku z tym zaskoczony, kiedy opuszczaj&#x105;c pok&#x142;ad statku ujrza&#x142;em z nabrze&#x17C;a zbieg&#x142;ego tyranozaura le&#x17C;&#x105;cego bezw&#x142;adnie na wydmie. St&#x142;oczeni wok&#xF3;&#x142; ogromnego cielska komandosi kopali go ci&#x119;&#x17C;kimi buciorami, chc&#x105;c upewni&#x107; si&#x119;, &#x17C;e &#x15B;rodki usypiaj&#x105;ce dzia&#x142;aj&#x105; jak nale&#x17C;y. Wszystko to budowa&#x142;o atmosfer&#x119; bezpiecze&#x144;stwa, zaufania i profesjonalizmu, i sprawia&#x142;o, &#x17C;e powinienem czu&#x107; si&#x119; zupe&#x142;nie komfortowo. Mimo to od samego pocz&#x105;tku podr&#xF3;&#x17C;y nie opuszcza&#x142;o mnie poczucie niepokoju. Mo&#x17C;e to intuicja podpowiada&#x142;a mi, &#x17C;e nawet w perfekcyjnie zaprojektowanym systemie najs&#x142;abszym ogniwem jest zawsze cz&#x142;owiek.</p>
<hr>
<p>Jak poucza&#x142; nas chaotyk Ian Malcolm, jeden z tych prorok&#xF3;w, kt&#xF3;rzy (jak Daniel Dennett) maj&#x105; racj&#x119; nazbyt cz&#x119;sto, <em>&#x17C;ycia nie da si&#x119; kontrolowa&#x107;</em>. Po raz kolejny jego teoria potwierdzi&#x142;a si&#x119; w praktyce i po raz kolejny to cz&#x142;owiek okaza&#x142; si&#x119; mniej godny zaufania ni&#x17C; technologia. Oczywi&#x15B;cie, jak zwyk&#x142; by&#x142; mawia&#x107; Malcolm, wszystko to kwestia z&#x142;o&#x17C;ono&#x15B;ci - odpowiednio zaawansowana technologia by&#x142;aby nie mniej podatna na chaos. Tego dnia rano, gdy opuszcza&#x142;em pok&#x142;ad statku, nie mia&#x142;em jeszcze poj&#x119;cia o sekcie, kt&#xF3;rej sataniczny k&#x105;kol rozpleni&#x142; si&#x119; na wyspie jak paso&#x17C;yt, kt&#xF3;ry powoli toczy cia&#x142;o gospodarza, a&#x17C; to stanie si&#x119; niezdolne do poprawnego funkcjonowania.</p>
<p>Wiceprezes sp&#xF3;&#x142;ki, kt&#xF3;ra wy&#x142;o&#x17C;y&#x142;a pieni&#x105;dze na to niesamowite przedsi&#x119;wzi&#x119;cie, oprowadza&#x142; nas po kompleksie. Mie&#x15B;ci&#x142; si&#x119; tutaj nie tylko hotel, zesp&#xF3;&#x142; restauracji i bar&#xF3;w, kino i muzeum, ale tak&#x17C;e supernowoczesne labolatorium i liczne zabudowania gospodarcze, dost&#x119;pne tylko dla pracownik&#xF3;w. Budynki wewn&#x105;trz robi&#x142;y nie mniejsze wra&#x17C;enie ni&#x17C; z zewn&#x105;trz. Obszerne hole i klatki schodowe, po kt&#xF3;rych nie przymierzaj&#x105;c lata&#x107; mog&#x142;yby pterozaury, wsz&#x119;dzie chrom, tytan, szk&#x142;o i marmur. Dotarli&#x15B;my w ko&#x144;cu na wielki wewn&#x119;trzny taras, z kt&#xF3;rego przez przeszklon&#x105; &#x15B;cian&#x119; mogli&#x15B;my podziwia&#x107; plac budowy - teren, na kt&#xF3;rym powstawa&#x142;y kolejne budowle i nowe wybiegi dla zwierz&#x105;t. Wtedy w&#x142;a&#x15B;nie us&#x142;ysza&#x142;em pierwsze krzyki.</p>
<p>Najpierw z wielkiej oddali dobieg&#x142; nas nieludzki wrzask, kt&#xF3;ry urwa&#x142; si&#x119; w spos&#xF3;b nag&#x142;y i makabryczny. Zaraz po nim nast&#x105;pi&#x142;a kanonada wystrza&#x142;&#xF3;w z broni r&#x119;cznej i nasilaj&#x105;ce si&#x119; krzyki i gard&#x142;owe piski, kt&#xF3;re stopniowo zbli&#x17C;a&#x142;y si&#x119; w stron&#x119; g&#x142;&#xF3;wnego budynku, gdzie si&#x119; znajdowali&#x15B;my. Wiceprezes rozejrza&#x142; si&#x119; wok&#xF3;&#x142; p&#x142;ochliwie i, nie zwracaj&#x105;c w og&#xF3;le uwagi na nasze pytania, zacz&#x105;&#x142; ucieka&#x107;, wymachuj&#x105;c ko&#x144;czynami w groteskowy spos&#xF3;b i poj&#x119;kuj&#x105;c dziwacznie.</p>
<p>Przez kr&#xF3;tk&#x105; chwil&#x119; stali&#x15B;my w miejscu skonfundowani. Zaraz jednak przy&#x142;&#x105;czyli&#x15B;my si&#x119; do wbieraj&#x105;cej jak tsunami fali uciekaj&#x105;cych i krzycz&#x105;cych ludzi. Byli w&#x15B;r&#xF3;d nich budowla&#x144;cy w poplamionych cementem ubraniach i &#x17C;&#xF3;&#x142;tych kaskach, byli naukowcy w bia&#x142;ych kitlach i sko&#x15B;noocy biznesmeni w l&#x15B;ni&#x105;cych, pr&#x105;&#x17C;kowanych garniturach. Cho&#x107; nawi&#x105;zanie satysfakcjonuj&#x105;cej konwersacji by&#x142;o ze zrozumia&#x142;ych przyczyn niemo&#x17C;liwe, uda&#x142;o nam si&#x119; jednak dowiedzie&#x107;, co si&#x119; wydarzy&#x142;o. Kto&#x15B;, najwyra&#x17A;niej przez przypadek, nacisn&#x105;&#x142; guzik otwieraj&#x105;cy wej&#x15B;cia na wszystkie wybiegi. Mo&#x17C;e zreszt&#x105; by&#x142;o to celowe &#x2013; czemu jednak ktokolwiek mia&#x142;by to robi&#x107;?...</p>
<p>Uciekali&#x15B;my w najwy&#x17C;szym po&#x15B;piechu, a na placu za oknem zacz&#x119;&#x142;y miga&#x107; mi wielkie, ciemne sylwetki o pod&#x142;u&#x17C;nych g&#x142;owach i d&#x142;ugich, masywnych ogonach. Wystrzeliwa&#x142;y co jaki&#x15B; czas w g&#xF3;r&#x119; i opada&#x142;y na rozpierzchaj&#x105;cych si&#x119; w pop&#x142;ochu pracownik&#xF3;w budowy. Towarzyszy&#x142;y temu przera&#x17A;liwe wrzaski b&#xF3;lu i przera&#x17C;enia. Na korytarzu pojawili si&#x119; tymczasem pojedyczny ludzie pr&#xF3;buj&#x105;cy opanowa&#x107; sytuacj&#x119;. Stali na zakr&#x119;tach i, jak pasterze byd&#x142;o, zaganiali bez&#x142;adny t&#x142;um szlakiem, kt&#xF3;ry &#x2013; jak podejrzewa&#x142;em &#x2013; prowadzi&#x142; ku schronowi albo nabrze&#x17C;u. Niebawem min&#x119;li&#x15B;my wysok&#x105;, metalow&#x105; bram&#x119; i wraz z kilkudziesi&#x119;cioma osobami znale&#x17A;li&#x15B;my si&#x119; w miejscu, kt&#xF3;rego dot&#x105;d jeszcze nie widzia&#x142;em.</p>
<hr>
<p>Pomieszczenie, do kt&#xF3;rego nas zagoniono, zbudowane by&#x142;o na planie wielok&#x105;ta foremnego o wielu &#x15B;cianach. Mia&#x142;o ko&#x142;o dwudziestu metr&#xF3;w od &#x15B;ciany do &#x15B;ciany, kilka male&#x144;kich okien z jednej strony oraz przynajmniej cztery lub pi&#x119;&#x107; drzwi, prowadz&#x105;cych nie wiadomo dok&#x105;d. Sufit by&#x142; sto&#x17C;kowaty jak w namiocie, bardzo niski i podparty wieloma kolumnami z surowego drewna, w tym jedn&#x105; centraln&#x105; o &#x15B;rednicy p&#xF3;&#x142; metra. W pomieszczeniu znajdowa&#x142;o si&#x119; ju&#x17C; wcze&#x15B;niej kilka os&#xF3;b, a ich wygl&#x105;d i zachowanie wyda&#x142;y mi si&#x119; conajmniej niepokoj&#x105;ce. Byli to m&#x119;&#x17C;czy&#x17A;ni i kobiety, wszyscy o d&#x142;ugich, lu&#x17A;no opadaj&#x105;cych w&#x142;osach. Ubrani byli w szaty ze zwierz&#x119;cych sk&#xF3;r, nadaj&#x105;ce im wygl&#x105;d ludzi pierwotnych. Czo&#x142;a przewi&#x105;zane mieli przepaskami lub rzemieniami, a ods&#x142;oni&#x119;te cz&#x119;&#x15B;ci cia&#x142;a, w tym twarze, pomalowane w dziwne smugi i symbole. Co szczeg&#xF3;lnie uderzaj&#x105;ce, wszyscy przywi&#x105;zani byli do drewnianych kolumn &#x142;a&#x144;cuchami, nie wydawali si&#x119; jednak tym faktem przej&#x119;ci. Stali swobodnie, u&#x15B;miechali si&#x119; do nas pogodnie. Zapraszali nas by&#x15B;my usiedli na wy&#x15B;cielonych futrami &#x142;awach, podczas gdy do wewn&#x105;trz nap&#x142;ywa&#x142;o coraz wi&#x119;cej uciekinier&#xF3;w.</p>
<p>Pomieszczenie wydawa&#x142;o si&#x119; solidne, pozbawione du&#x17C;ych okien, wszystkie drzwi zrobione by&#x142;y z grubej stali. Po chwili nabra&#x142;em przekonania, &#x17C;e je&#x15B;li tylko porz&#x105;dnie si&#x119; zabarykadujemy, powinno nam si&#x119; uda&#x107; przeczeka&#x107; tutaj tak d&#x142;ugo, jak to konieczne, zanim nadci&#x105;gnie pomoc. W rzeczy samej, ostatnie zdyszane osoby wpada&#x142;y p&#x119;dem do &#x15B;rodka, i ju&#x17C; po chwili wszystkie wej&#x15B;cia zosta&#x142;y zamkni&#x119;te na ci&#x119;&#x17C;kie zasuwy.</p>
<p>- Przepraszam bardzo, co pani tutaj robi? &#x2013; zagadn&#x105;&#x142;em m&#x142;od&#x105; dziewczyn&#x119;, jedn&#x105; z tych przywi&#x105;zanych do s&#x142;up&#xF3;w. W odr&#xF3;&#x17C;nieniu od towarzystwa, kt&#xF3;re wbieg&#x142;o do sali przed momentem, nie wygl&#x105;da&#x142;a na ani troch&#x119; przestraszon&#x105;. Wydawa&#x142;a si&#x119; jednak nienaturalnie pobudzona, a jej &#x15B;renice by&#x142;y powi&#x119;kszone.</p>
<p>- Czekam &#x2013; odpar&#x142;a tajemniczo.</p>
<p>- Na co pani czeka? - spyta&#x142;em.</p>
<p>- Na bycie po&#x17C;art&#x105;?</p>
<p>- Wydaje mi si&#x119; &#x17C;e tutaj nic nie grozi mi i pani, jeste&#x15B;my bezpiecznie odgrodzeni od reszty kompleksu - powiedzia&#x142;em, pr&#xF3;buj&#x105;c nada&#x107; swemu g&#x142;osowi ton swobodny i pewny siebie, co w moim mniemaniu mia&#x142;o brzmie&#x107; uspokajaj&#x105;co. Moja kurtuazja wydawa&#x142;a si&#x119; jednak &#x17A;le ukierunkowana, z nas dwojga to ja znacznie bardziej potrzebowa&#x142;em tych zapewnie&#x144;. - Dlaczego mia&#x142;aby pani zosta&#x107; po&#x17C;arta?</p>
<p>- Jako ofiara z&#x142;o&#x17C;ona jaszczurczym bogom - oznajmi&#x142;a dziewczyna.</p>
<p>- Co... - poczu&#x142;em jak w&#x142;osy staj&#x105; mi d&#x119;ba na g&#x142;owie, ale nie zd&#x105;&#x17C;y&#x142;em doko&#x144;czy&#x107; zdania. Nagle jedne z drzwi otwar&#x142;y si&#x119; na o&#x15B;cie&#x17C;, a w drzwiach ukaza&#x142;a si&#x119; ogromna, z&#x119;bata paszcz&#x119;ka. Przera&#x17A;liwy ryk wype&#x142;ni&#x142; pomieszczenie, zag&#x142;uszaj&#x105;c zgie&#x142;k j&#x119;k&#xF3;w i okrzyk&#xF3;w przestrachu.</p>
<p>- Pr&#x119;dko, t&#x119;dy - kto&#x15B; poci&#x105;gn&#x105;&#x142; mnie za rami&#x119;. Jeden z moich wsp&#xF3;&#x142;pracownik&#xF3;w otworzy&#x142; szyb wentylacyjny i przyci&#x105;gn&#x105;&#x142; mnie w tamt&#x105; stron&#x119;. Z drugiego ko&#x144;ca sali zacz&#x119;&#x142;y dobiega&#x107; nas odg&#x142;osy desperackiej walki na &#x15B;mier&#x107; i &#x17C;ycie, kt&#xF3;ra mog&#x142;a mie&#x107; tylko jedno zako&#x144;czenie. K&#x105;tem oka dostrzeg&#x142;em kolejne pot&#x119;&#x17C;ne cielska pradawnych jaszczur&#xF3;w, kt&#xF3;re ze &#x15B;mierciono&#x15B;n&#x105; gracj&#x105; w&#x15B;lizgiwa&#x142;y si&#x119; do pomieszczenia jeden za drugim. Krzyki urywa&#x142;y si&#x119; nagle lub zamienia&#x142;y w rz&#x119;&#x17C;&#x105;ce wycie. Wpe&#x142;z&#x142;em do szybu.</p>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Do świateł na Alei Mickiewicza]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><div style="text-align: right">
<em>
Przecie&#x17C; i ja ziemi tyle mam,<br>
Ile jej stopa ma pokrywa,<br>
Dop&#xF3;k&#x105;d id&#x119;!...<br>
</em>
<p>&#x2014;Cyprian Kamil Norwid</p>
</div>
<br>
<pre><code>Ka&#x17C; mi czeka&#x107; bym wiedzia&#x142;
&#x17B;e nie wszystko od razu
&#x141;atwo przyjdzie i b&#x119;dzie nam dane

Wiem &#x17C;e za</code></pre>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/do-swiatel-na-alei-mickiewicza/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c75</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Thu, 03 Aug 2017 14:40:00 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><div style="text-align: right">
<em>
Przecie&#x17C; i ja ziemi tyle mam,<br>
Ile jej stopa ma pokrywa,<br>
Dop&#xF3;k&#x105;d id&#x119;!...<br>
</em>
<p>&#x2014;Cyprian Kamil Norwid</p>
</div>
<br>
<pre><code>Ka&#x17C; mi czeka&#x107; bym wiedzia&#x142;
&#x17B;e nie wszystko od razu
&#x141;atwo przyjdzie i b&#x119;dzie nam dane

Wiem &#x17C;e za t&#x119; cierpliwo&#x15B;&#x107;
Wynagrodzisz mnie jeszcze
Zanim Eos si&#x119; zbudzi nad ranem

Ka&#x17C; mi czeka&#x107; bym widzia&#x142;
Jak migocz&#x105; twe barwy
Gdy po cichu piosenk&#x119; sw&#x105; nucisz

Daj mi pozna&#x107; to miejsce
Gdy nie mog&#x119; i&#x15B;&#x107; naprz&#xF3;d
I nie mog&#x119; tym bardziej zawr&#xF3;ci&#x107;

Ka&#x17C; mi patrze&#x107; i s&#x142;ucha&#x107;
B&#x119;d&#x119; uczniem cierpliwym
By natur&#x119; bezruchu zrozumie&#x107;

To nie wiatr si&#x119; porusza
Ani flaga na wietrze
Lecz m&#xF3;j umys&#x142; w skrzy&#x17C;owa&#x144; naszumie
</code></pre>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Sen #34: Ręce które leczą]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>Dziecko by&#x142;o strasznie chore i wygl&#x105;da&#x142;o &#x17C;a&#x142;o&#x15B;nie. Dalsze starania budzi&#x142;y wr&#x119;cz etyczne, nie tylko praktyczne, w&#x105;tpliwo&#x15B;ci. Zgromadzono jednak ogromne fundusze, zatrudniono wybitnych ekspert&#xF3;w i wszyscy si&#x119; uparli, &#x17C;</p>]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/sen-34-rece-ktore-lecza/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c74</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Sun, 30 Jul 2017 14:40:00 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><p>Dziecko by&#x142;o strasznie chore i wygl&#x105;da&#x142;o &#x17C;a&#x142;o&#x15B;nie. Dalsze starania budzi&#x142;y wr&#x119;cz etyczne, nie tylko praktyczne, w&#x105;tpliwo&#x15B;ci. Zgromadzono jednak ogromne fundusze, zatrudniono wybitnych ekspert&#xF3;w i wszyscy si&#x119; uparli, &#x17C;e przeprowadzi&#x107; nale&#x17C;y szereg operacji, zabieg&#xF3;w, eksperyment&#xF3;w i r&#xF3;&#x17C;nych takich.</p>
<p>Ja, jako m&#x142;ody wikariusz, si&#x142;&#x105; rzeczy niewiele si&#x119; zna&#x142;em na tych rzeczach. S&#x142;u&#x17C;y&#x107; mia&#x142;em jako duchowy asystent g&#x142;&#xF3;wnego chirurga, kt&#xF3;rym by&#x142; nie kto inny, lecz - specjalnie sprowadzony na t&#x119; okoliczno&#x15B;&#x107; - Ojciec &#x15A;wi&#x119;ty Jan Pawe&#x142; II. Ten &#x15B;wiatowej s&#x142;awy specjalista, i jednocze&#x15B;nie papie&#x17C;, co te&#x17C; nie by&#x142;o bez znaczenia, rozsiad&#x142; si&#x119; w pokoju szpitalnym, u wezg&#x142;owia dzieci&#x119;cego &#x142;o&#x17C;a, na skromnym, nieheblowanym taborecie. Przyj&#x105;&#x142; chore dzieci&#x119; na swe kolana jakoby na obszerne siedzisko. Jego bogato haftowane szaty rozpo&#x15B;ciera&#x142;y si&#x119; wok&#xF3;&#x142; tworz&#x105;c tron ze z&#x142;otog&#x142;owiu, gdzie um&#x119;czona istota spocz&#x105;&#x107; mog&#x142;a w spokoju i zaufaniu.</p>
<p>Twarz Ojca &#x15A;wi&#x119;tego nie mia&#x142;a dzi&#x15B; tego dobrodusznego wyrazu jaki pami&#x119;tamy ze zdj&#x119;&#x107;, gdzie z pogodnym i wyrozumia&#x142;ym u&#x15B;miechem macha r&#x119;k&#x105; wiernym. By&#x142; teraz powa&#x17C;ny, skupiony i niemal gro&#x17A;ny. G&#x142;&#x119;bokie zmarszczki jego twarzy zdawa&#x142;y si&#x119; niemal p&#x142;ynnie przechodzi&#x107; w fa&#x142;dy jego szat. Ja sam, znacznie bardziej beztroski, przysiad&#x142;em na szpitalnym &#x142;&#xF3;&#x17C;ku po przeciwnej stronie. W nogach &#x142;&#xF3;&#x17C;ka na regulowanym krze&#x15B;le siedzia&#x142; w napi&#x119;ciu drugi chirurg, nastrajaj&#x105;c rozmaite aparaty i urz&#x105;dzenia. Reszta zespo&#x142;u, sk&#x142;adaj&#x105;ca si&#x119; z niezliczonych lekarzy i piel&#x119;gniarek, kr&#x119;ci&#x142;a si&#x119; nieco dalej, przek&#x142;adaj&#x105;c r&#xF3;&#x17C;ne przedmioty z miejsca na miejsce.</p>
<p>Papie&#x17C; przyst&#x105;pi&#x142; do przygotowa&#x144;. Nie patrz&#x105;c na dziecko, z trzaskiem naci&#x105;gn&#x105;&#x142; r&#x119;kawiczki chirurgiczne, po czym wyj&#x105;&#x142; wielk&#x105; butl&#x119; lubrykantu i pocz&#x105;&#x142; obficie zwil&#x17C;a&#x107; d&#x142;onie. No nie, przemkn&#x119;&#x142;o mi przez my&#x15B;l, co pan robisz. W mgnieniu oka przypomnia&#x142;em sobie wszystkie najpaskudniejsze historie kr&#x105;&#x17C;&#x105;ce po internecie.</p>
<p>- No, to jest przesada - rzek&#x142;em zniesmaczony. - Niech&#x17C;e Wasza &#x15A;wi&#x105;tobliwo&#x15B;&#x107; zostawi to dziecko w spokoju.</p>
<p>Papie&#x17C; &#x142;ypn&#x105;&#x142; na mnie i skrzywi&#x142; si&#x119; z pogard&#x105; i z&#x142;o&#x15B;liwo&#x15B;ci&#x105;.</p>
<p>- Papa, ja w tym momencie dzwoni&#x119; na policj&#x119; je&#x15B;li to si&#x119; zaraz nie sko&#x144;czy.</p>
<p>Zaraz jednak zrobi&#x142;o mi si&#x119; g&#x142;upio z powodu tego niewczesnego wybuchu uprzedze&#x144;. Intencje tego starego eksperta by&#x142;y, jak si&#x119; okaza&#x142;o, najzupe&#x142;niej profesjonalne. Z wpraw&#x105; si&#x119;gn&#x105;&#x142; wg&#x142;&#x105;b pacjenta niemal na &#x142;okie&#x107;, po czym - niczym Ryszard Lwie Serce z paszczy kud&#x142;atej bestii - wyci&#x105;gn&#x105;&#x142; ze&#x144; chory organ wewn&#x119;trzny. Umieszczony na srebrnej tacy (celem poddania dalszej diagnozie) bebech przypomina&#x142; zepsutego banana. Podobnie zreszt&#x105; jak dziecko, kt&#xF3;re, cho&#x107; z braku si&#x142; nie p&#x142;aka&#x142;o, wydawa&#x142;o si&#x119; nad wyraz niezadowolone. Pierwszy etap operacji zako&#x144;czy&#x142; si&#x119; jednak sukcesem i ju&#x17C; po chwili cierpienie nieboracz&#x119;cia wyra&#x17A;nie pocz&#x119;&#x142;o si&#x119; zmniejsza&#x107;.</p>
<hr>
<p>Wszystko to trwa&#x142;o dosy&#x107; d&#x142;ugo i wiele innych zabieg&#xF3;w pozosta&#x142;o jeszcze do wykonania. Papie&#x17C; pracowa&#x142;, du&#x17C;e krople potu sp&#x142;ywa&#x142;y po jego skupionym starczym czole. Ja w tym czasie le&#x17C;a&#x142;em ju&#x17C; na &#x142;&#xF3;&#x17C;ku rozwalony bezwstydnie i ze znudzeniem przegl&#x105;da&#x142;em zdj&#x119;cia na instagramie. Na ekranie smartfona bieli&#x142;o si&#x119; odbicie mojej koloratki. Drugi chirurg co chwil&#x119; ze z&#x142;o&#x15B;ci&#x105; strofowa&#x142; mnie, &#x17C;e le&#x17C;&#x119; bezczynnie i nie pomagam.</p>
<p>W zasadzie &#x17A;le czu&#x142;em si&#x119; z moj&#x105; oboj&#x119;tn&#x105; bezczynno&#x15B;ci&#x105;, ch&#x119;tnie bym pom&#xF3;g&#x142;, ale nie wiedzia&#x142;em w czym. Nikt nie podpowiada&#x142; co m&#xF3;g&#x142;bym zrobi&#x107;, a mi nic konkretnego nie przychodzi&#x142;o do g&#x142;owy. Nie maj&#x105;c przeszkolenia nawet z pierwszej pomocy, jedyne, co mog&#x142;em zrobi&#x107;, to stara&#x107; si&#x119; nie przeszkadza&#x107;. Nawet to nie wychodzi&#x142;o mi zbyt dobrze.</p>
<p>- Mo&#x17C;esz zostawi&#x107; t&#x119; surykatk&#x119; w spokoju? - &#x17C;achn&#x105;&#x142; si&#x119; chirurg. - Jest zakaz karmienia.</p>
<p>W rzeczy samej, zakaz ustanowiony by&#x142; nie bez przyczyny. Surykatka nie chcia&#x142;a si&#x119; jednak odczepi&#x107;. Podskakiwa&#x142;a obok &#x142;&#xF3;&#x17C;ka, patrz&#x105;c na mnie wyczekuj&#x105;co. Kiedy dawa&#x142;em jej sk&#xF3;rk&#x119; chleba, licz&#x105;c &#x17C;e sobie p&#xF3;jdzie, na jej miejsce natychmiast przybiega&#x142;a nast&#x119;pna.</p>
<p>- Widzi pan, rzucam im jedzenie tam dalej. Dzi&#x119;ki temu naucz&#x105; si&#x119;, &#x17C;e karmnik jest pod &#x15B;cian&#x105;, i nie b&#x119;d&#x105; chocia&#x17C; w&#x142;azi&#x107; na &#x142;&#xF3;&#x17C;ko. Jestem przydatny - dodawa&#x142;em bez przekonania.</p>
<p>Nic z tego, surykatka i tak wskoczy&#x142;a na &#x142;&#xF3;&#x17C;ko, w pewnym momencie zacz&#x119;&#x142;a nawet podgryza&#x107; szaty Ojca &#x15A;wi&#x119;tego. Da&#x142;em jej kolejn&#x105; sk&#xF3;rk&#x119;, &#x17C;eby zaj&#x105;&#x107; j&#x105; czym&#x15B; innym. Oczami duszy widzia&#x142;em ju&#x17C; te pche&#x142;ki i drobnoustroje, przeskakuj&#x105;ce z surykaczego futra wprost na bezbronnego pacjenta.</p>
<hr>
<p>Operacja trwa&#x142;a wiele godzin i gdy w ko&#x144;cu dobieg&#x142;a ko&#x144;ca, by&#x142;em ju&#x17C; &#x15B;miertelnie znu&#x17C;ony - g&#x142;&#xF3;wnie chyba swoim nier&#xF3;bstwem. Wyekstrahowane organy przekazane zosta&#x142;y do labolatorium. Ostateczna diagnoza wydana by&#x107; mia&#x142;a przez lekarza ordynatora, kt&#xF3;ry mia&#x142; zdecydowa&#x107; o dalszym post&#x119;powaniu medycznym. Zgodnie z tradycj&#x105; Ko&#x15B;cio&#x142;a, jego decyzja by&#x142;a ostateczna i niepodwa&#x17C;alna. Ucieszy&#x142;em si&#x119; wi&#x119;c bardzo z honoru, jaki mi przypad&#x142; pomimo mej zszarganej ju&#x17C; reputacji: mia&#x142;em dostarczy&#x107; decyzj&#x119; ordynatora cz&#x142;onkom Rady Chirurgicznej, kt&#xF3;ra odpowiedzialna by&#x142;a za jej wykonanie.</p>
<p>W wy&#x142;o&#x17C;onym perskimi dywanami i zape&#x142;nionym antykami pokoju czeka&#x142;o ju&#x17C; trzech Radnych, wybitnych chirurg&#xF3;w - profesor Religa, profesor Gli&#x144;ski oraz trzeci, stary i pomarszczony, kt&#xF3;rego nazwiska nie zna&#x142;em. Nie uraczyli mnie nawet jednym spojrzeniem, gdy przyjmowali z moich r&#x105;k list. Otwarli go w milczeniu i z g&#x142;&#x119;bokim sceptycyzmem wymalowanym na twarzach kolejno zapoznali si&#x119; z jego tre&#x15B;ci&#x105;.</p>
<p>- To ma by&#x107; niby ...? - wymieni&#x142; nazw&#x119; choroby czy urazu, zdiagnozowanego przez ordynatora, prof. Religa. - Zupe&#x142;nie bym nie powiedzia&#x142;.</p>
<p>- Z pewno&#x15B;ci&#x105; nie to, potwierdzam - odpar&#x142; Gli&#x144;ski. - To raczej ... - pad&#x142;a &#x142;aci&#x144;ska, nieznana mi nazwa.</p>
<p>Trzeci z lekarzy w&#x142;&#x105;czy&#x142; si&#x119; do krytyki, rzuci&#x142; jednak w&#x142;asn&#x105;, jeszcze inn&#x105; hipotez&#x105;. Przez kr&#xF3;tk&#x105; chwil&#x119; sprzeczali si&#x119; co do jednostki chorobowej, wyra&#x17A;nie zgadzaj&#x105;c si&#x119; jednak co do jednego - &#x17C;a ordynator z pewno&#x15B;ci&#x105; nie mia&#x142; racji. Ostentacyjne podwa&#x17C;enie jego autorytetu wydawa&#x142;o si&#x119; ich g&#x142;&#xF3;wnym, wsp&#xF3;lnym celem. Przez chwil&#x119; pomy&#x15B;la&#x142;em wr&#x119;cz, &#x17C;e zamierzaj&#x105; obali&#x107; panuj&#x105;c&#x105; hierarch&#x119;, by&#x107; mo&#x17C;e spali&#x107; ordynatora na stosie i sami, jako triumwirat chirurgiczny wielkich mistrz&#xF3;w, stan&#x105;&#x107; na czele nowego Zakonu Szpitalnego. Szybko odp&#x119;dzi&#x142;em od siebie t&#x119; koszmarn&#x105; eschatologiczn&#x105; wizj&#x119;. W tym momencie otwar&#x142;y si&#x119; drzwi i do pokoju wszed&#x142; kamerdyner.</p>
<p>- Czy decyzja lekarza ordynatora dotar&#x142;a ju&#x17C; do szanownych pan&#xF3;w? - zapyta&#x142; uni&#x17C;enie.</p>
<p>- Ordynatora? - zapyta&#x142; profesor Gli&#x144;ski. Odwr&#xF3;ci&#x142; si&#x119; i mrugn&#x105;&#x142; do mnie szelmowsko. - Jakiego ordynatora?</p>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item><item><title><![CDATA[Poem to a whore who grabbed my hand on Istedgade]]></title><description><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><pre><code>I would love to care about you
The way you pretended to care about me
You wouldn&apos;t have to wait
For me to come as long 
As I had to wait for 5C
</code></pre>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></description><link>https://wiruje-astrolabium.pl/poem-to-a-whore-who-grabbed-my-hand-on-istedgade/</link><guid isPermaLink="false">630e68f0efc1922344b05c73</guid><dc:creator><![CDATA[Jan Heimson]]></dc:creator><pubDate>Sat, 03 Jun 2017 14:39:00 GMT</pubDate><content:encoded><![CDATA[<!--kg-card-begin: markdown--><pre><code>I would love to care about you
The way you pretended to care about me
You wouldn&apos;t have to wait
For me to come as long 
As I had to wait for 5C
</code></pre>
<!--kg-card-end: markdown-->]]></content:encoded></item></channel></rss>