Delikatność

Było lato i rozpoczął się sezon lęgowy gołębi. Gołębie nie słyną z najlepiej zaprojektowanych gniazd ani z najlepiej dobranych lokalizacji. Postronny obserwator wątpić mógłby nie tylko w ich szczere chęci efektywnego odchowania potomstwa, ale nawet w skuteczność osławionej zasady doboru naturalnego.

Na całej długości ulicy gniazda gołębie znaleźć można było pod każdym słupkiem, znakiem drogowym, w rynsztoku i na podjeździe. Każde składało się z pięciu patyków na krzyż, a w każdym nastroszona gołębica, zawsze wyglądająca na lekko zdezorientowaną i zaniepokojoną, jak gdyby zaskoczoną tym, gdzie się znalazła, i nagłym przygniatającym ją ciężarem odpowiedzialności. Gołębice przypominają mi wiejskie nastolatki, którym nikt nigdy nie powiedział o istnieniu antykoncepcji, i które dowiadują się, że są w ciąży, dopiero kiedy zwróci im na to uwagę ksiądz w konfesjonale.

Jak zwykle w takich razach (bo tak działa prawo natury), zjawiły się drapieżniki. Sroki, wyjątkowo podłe stworzenia, choć z drugiej strony ignorancją jest mierzyć je miarką ludzkiej naszej moralności. A jednak serce mi się kraje kiedy widzę, jak te sprytne, skoczne lśniącopiórki czyhają w najbardziej bezduszny sposób na okazję aby wyżreć z gniazd jajka. Jest coś poruszającego w tej durnej bezbronności gołębicy, która ledwo wyjdzie jedną nogą z gniazda, aby napić się wody, a już ma za sobą wredną srokę, i patrzy się w przerażonym otępieniu jak jej potomstwo niknie w gardzieli natręta. Nie potrafiąc się z tym pogodzić, ganiałem od gniazda do gniazda, próbując odstraszać jajożerców. Ledwo jednak odgoniłem jedną, już kątem oka widziałem kolejną (a czasem nawet tę samą!) która dobierała się do innego gniazda sto metrów ode mnie. Kilka razy dobiegłem za późno, kilka zaś w sam raz w porę, aby ujrzeć okrutnie podziobane i popękane jajo – choć jeszcze nie dziurawe, ale czy cokolwiek (lub ktokolwiek) się z niego wylęgnie?

Raz także zdarzyło mi się, że jedna ze srok, wyjątkowo uparta, nie dała się odgonić. Wiesz, sroki to są jednak bardzo bystre stworzenia. Gołąb nie uczy się na błędach, gołębia łatwo jest przechytrzyć. Sroka natomiast, ho ho, ta to umie rzeczy. Ona zrobi w wała nawet człowieka. Machnąłem więc ręką, sroka odskoczyła – ale gdzieżby tam miała uciec. Wiedziała dobrze, cwana sukinsynka, że za moment pobiegnę na koniec ulicy. Cierpliwość, niestety jest ich mocną stroną. Co więc miałem zrobić, trzepnąłem ją dość mocno... może ciut za mocno.

Skrzydło sroki wykrzywiło się nieco. Patrzyła na nie zdziwiona przez dłuższą chwilę. Zrobiło mi się strasznie głupio i naszły mnie poważne myśli egzystancjalnej natury. Kimże jestem aby ingerować w ten naturalny cykl życia i śmierci?

Ostatecznie jednak nie musiałem czuć się nazbyt winny. Ewidentnie przegrywałem tę wojnę. Postanowiłem zrobić, jak na białego człowieka przystało: uspokoić swe sumienie jednym drobnym uczynkiem, tam, gdzie w globalnej skali wiele zdziałać się nie dało. Zgarnąłem najbliższą gołębicę wraz z jej jajami z gniazda, czy też tego, co gołębie nazywają gniazdami... a raczej tego, co my nazywamy gniazdami, przez analogię funkcjonalną. Zapakowałem je do plastikowego pojemnika i zaniosłem do domu. Większość z jajek była niestety popękana, lekko lub poważnie. Trudno opisać ile stresu kosztowało mnie przeniesienie je drżącymi rękoma na plastikową tackę, nie mówiąc o drodze do domu, potem zaś wielokrotnie musiałem jeszcze przekładać je z miejsca na miejsce, i za każdym razem najeść się strachu. Dzięki bogu ptasiemu, że ani nie potknąłem się, ani żadna inna niefortunna przygoda nie splamiła rąk mych posoką, białkiem i żółtkiem. Był to jednak wyczyn tytaniczny i nie bez konsekwencji dla mojego zdrowia psychicznego.

Byłbym przy tym głupcem, gdybym zakładał, że sroki dadzą tak łatwo za wygraną. Już po kilku minutach kilka z nich próbowało dostać się do domu. Musiałem pozamykać okna, ale o tej porze roku sprawiało to, ze wewnątrz z ledwością dało się wytrzymać z gorąca. A przecież ważnym elementem mojej nowo nabytej odpowiedzialności było zadbać o odpowiednią temperaturę. Dojrzewałem powoli w tej relacji, która choć przyszła niespodziewanie i bynajmniej nie na fali obustronnego entuzjazmu, stała się jednak dla mnie czymś wystarczająco ważnym, aby odrzucić na bok me lęki i egoizm. Pocieszała mnie myśl, że nawet jeśli moje dwadzieścia osiem lat okazały się zbyt krótkie by dorosnąć, gołębiom nie wystarczyło na to ostatnie sto milionów lat ewolucji, a zdawałoby się, że przetrwanie genów to motywacja, która nie poddaje się inercji nihilizmu i obojętności.

Historia ta pozostawiła mnie w poczuciu wielkiej wrażliwości wszelkiego bytu. Rzeczywistość jawi mi się dziś jako to jaję popękane, na które czatuje drapieżnik. Ledwo wolno mi jej dotknąć, a jednak szanować muszę, i kochać, i chronić.