Rzekł Gilgamesz:
Mego snu słuchaj




Sen #23: W gościnie

15.03.2016

Posadziłeś mię wprawdzie nie nagorzej,
Ale by trzeba mięsa dawać sporzej;
Przed tobą widzę półmisków niemało,
A mnie się ledwie polewki dostało.
Diabłu się godzi takowa biesiada!
Gościem czy świadkiem ja twego obiada!

—Jan Kochanowski



Wraz z moją siostrą wracaliśmy z pieszej wędrówki przez bezdroża. Nie mieliśmy żadnej gotówki, postanowiliśmy więc, że złapiemy stopa. Chociaż wiodąca przez pola i lasy asfaltówka nie była nazbyt uczęszczana, nie musieliśmy wcale długo czekać nim uśmiechnęło się do nas szczęście. Pierwszy nadjeżdżający samochód od razu zatrzymał się na nasz widok, a siedział w nim Doktor G. - uprzejmy, flegmatyczny filozof. Jakże to miło z jego strony, że postanowił nas podrzucić!

Gawędziliśmy sobie wesoło i beztrosko przez dłuższą chwilę. W końcu Doktor rzekł:

- Pogoda jest prześliczna. Nie jedźmy jeszcze do domu! Zróbmy chociaż kółeczko. Nie macie ochoty na przejażdżkę?

Pewnie, że mieliśmy. Przejechaliśmy się najpierw uliczkami Kazimierza, potem wyjechaliśmy znów za miasto. Radośnie pędzieliśmy leśną drogą, zachwycając się wiosennym krajobrazem, złocisto-zielonym w promieniach zniżającego się słońca. Gdy zaczęło się ściemniać, Doktor zauważył nienachalnie, że jesteśmy w zasadzie w pobliżu jego domu; byłoby mu więc bardzo miło, gdybyśmy zechcieli go odwiedzić i u niego przenocować. Temu życzliwemu człowiekowi naprawdę trudno byłoby odmówić, zresztą żadne z nas nawet o tym nie pomyślało. Niebawem wjechaliśmy brukowanym podjazdem przez bramę przepięknej willi w stylu toskańskim, porośniętej bluszczem i sprawiającej wrażenie najprzytulniejszego miejsca na ziemi.

Gdy weszliśmy do środka przywitała nas małżonka Doktora, starsza kobieta, małomówna i otyła. Łatwo było dostrzec, że ma problemy ze wzrokiem. W pierwszej chwili wydało mi się wręcz, że ma szklane oczy - nie było to jednak możliwe, bo poruszała się zupełnie normalnie. Nie był to zresztą jej jedyny problem ze zdrowiem. Jej nieresponsywność i dziwny sposób mówienia wskazywał, że mogła być po ciężkim udarze, lub innej równie przykrej przygodzie. Poczęstowano nas kolacją i zaprowadzono do naszych pokoi (wyjątkowo pięknie i wygodnie urządzonych), gdzie niebawem zmógł nas sen.


Kolejne dni przynosiły liczne, coraz to bardziej nieprzyjemne niespodzianki. Najpierw - pierwszego ranka - okazało się, że nie możemy wyjść z domu. Drzwi były zamknięte na klucz, brama na kłódkę, G. pojechał do pracy. Od jego żony dowiedzieliśmy się, że gospodarz nie chce, abyśmy opuszczali willę. Przekazywał nam jednak pozdrowienia i zapewniał, że niczego nam tu nie zabraknie. Rzeczywiście, dostawaliśmy najlepsze jedzenie, a cały dom stał przed nami otworem, mogliśmy korzystać ze wszelkich wygód i luksusów. Nie wolno nam było jedynie wychodzić.

Z Doktorem widywaliśmy się codziennie. Był dla nas niezmiennie miły, szybko jednak zaczął objawiać pewne niepokojące zachowania. Lubił na przykład wchodzić niespodziewanie do łazienki, podczas gdy z niej korzystałem. Zacząłem zamykać się na zamek, on jednak posiadał wytrych, który mógł zforsować każde zabezpieczenie. Przy jego pomocy otwierał drzwi, wchodził do środka i przypatrywał mi się uważnie.

- Nie chowaj się - mówił uprzejmie, kiedy próbowałem się zasłonić przed jego wzrokiem. - Lubię patrzyć, jak sikasz.

W rzeczy samej, wyraźnie sprawiało mu to przyjemność. Próbował też nakłaniać mnie do innych czynności seksualnych. Gdy opierałem się jego zalotom, nie naciskał. Któregoś dnia, podczas obiadu, wyznał otwarcie, że chciałby nas gwałcić, i że po to zasadniczo nas tutaj sprowadził.

- Czekam jednak, aż się utuczycie - dodał. - Podniecają mnie tłuściochy.

To rzekłszy, jakby nigdy nic uniósł w naszą stronę pozdrawiającym gestem kieliszek wina i powrócił do swojego strogonowa.


Przebywanie w tym domu łamało stopniowo psychikę. Funkcjonowaliśmy w miarę normalnie, stawaliśmy się jednak otępiali i zobojętniali. Dzięki temu chyba lepiej dogadywaliśmy się z panią G., która teraz znacznie częściej do nas zagadywała. Wiedzieliśmy już, że jest niespełna rozumu. Dziwny wyraz twarzy i spojrzenie też najprawdopodobniej były skutkiem jakiegoś urazu nerwowego.

- Czy ja jestem robotem? - pytała nas czasem.

Okazało się też, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami willi, jak nam się zdawało. Ukryte drzwi kuchenne prowadziły do obszernej, naturalnej groty, gdzie urządzone było drugie, znacznie większe mieszkanie. Mieszkało tam może ze dwadzieścia osób. Domyślaliśmy się, że trafiły tam na skutek porwań, podobnie jak my. Widzieliśmy, że Doktor odbywał regularnie stosunki seksualne z przynajmniej częścią z nich. Wszyscy zresztą wydawali mu się bezgranicznie oddani, byli w pełni pogodzeni ze swoją kondycją, a Doktora traktowali jak kogoś w rodzaju herszta ich groteskowej zbiorowości. Warto dodać, że większość z domowników były to bardzo niezwykłe indywidua. Najwyraźniej fetyszem naszego gospodarza były rozmaite deformacje, karłowatość lub gigantyzm, wszelkiego rodzaju choroby i zaburzenia psychiczne - bo takich to dziwaków przeważnie można było tutaj spotkać. Poza tym wszystkim, przeszli ewidentnie coś w rodzaju prania mózgu, któremu i my byliśmy chyba właśnie poddawani.

Jakby tego wszystkiego było mało, w jaskini mieścił się też arsenał broni, do której każdy z nas miał dostęp. Cała ta banda szkoliła się cały czas w strzelaniu i osiągała całkiem imponujące rezultaty (co, jak się później okazało, było czymś więcej niż tylko rozrywką). Wszystkie te rzeczy nie przerażały mnie już jednak. Zaczynałem czuć się członkiem wspólnoty i po mału utwierdzałem się w przekonaniu, że za obronę tej mojej nowej, małej ojczyzny chętnie oddałbym życie.


Doktor jak codzień podciągnął mi koszulkę, aby sprawdzić mój brzuch. Wciąż byłem jeszcze za chudy. Skrzywił się z niezadowoleniem, zaraz jednak uśmiechnął się przepraszająco, jakby zawstydził się swojej reakcji. Znałem go już dobrze i wiedziałem, że nie chciał mi sprawiać przykrości.

Nagle jeden z domowników przyniósł niepokojącą wiadomość. Ponoć policja otrzymała skądś cynk, że Doktor G. porywa i przetrzymuje ludzi, i zamierzała zrobić nalot. W pierwszej chwili byłem przerażony, patrząc na twarze towarzyszy szybko jednak utwierdziłem się w przekonaniu, że tego typu sytuacje zdarzały się już nie raz. Bez jakiejkolwiek paniki udaliśmy się wspólnie do jaskini, aby poinformować innych i przygotować się na przybycie funkcjonariuszy.

Jeśli nawet początkowo wyobrażałem sobie kulturalnych agentów FBI, którzy zapukają do naszych drzwi, pokazując odznakę, porzuciłem tę wizję na widok karabinów i pistoletów maszynowych, które domownicy wyciągali ze skrzyń. Niebawem zresztą mogłem przekonać się na własne oczy, kto przyszedł do nas w odwiedziny. Przez ukryte okienka-strzelnice obserwowaliśmy skradający się oddział antyterrorystów w kuloodpornych kamizelkach. Jeśli jednak chodzi o siłę ognia, nie byli dla nas żadnym przeciwnikiem.

Wymiana ognia trwała może pół minuty. Część policjantów udało nam się rozstrzelać z zaskoczenia jeszcze zanim dotarli do drzwi. Reszta z nich wdarła się co prawda do środka, ale bardzo szybko padli od strzałów, nie raniąc nawet nikogo z nas. Pospiesznie uprzątnęliśmy trupy.

- To dopiero początek - pouczył nas G. - Wezwali posiłki, zaraz będzie ich tu znacznie więcej.

Rzeczywiście, nie minęła godzina, gdy nadciągnął kolejny oddział, o wiele liczniejszy. Tym razem nie dali nam się zaskoczyć i wywiązała się długa i brutalna bitwa. Mimo niesłychanej brawurowości i bezkompromisowości moich towarzyszy, nie udało nam się powstrzymać przeciwnika. Wróg przełamał naszą linię obrony, próbowaliśmy wycofać się ku tajnemu wyjściu, którym moglibyśmy uciec, okazało się, że i tamto wyjście jest otoczone. W tej chwili rozpaczy poczułem nagle, że bardzo nie chcę umierać. Rzuciłem broń i schowałem się w kącie, za szafę, sądząc, że gdy schwytają mnie bez broni, być może darują mi życie.

Wtem zobaczyłem jednak coś niesamowitego. Tuż obok szafy, za którą się kryłem, raczkowało małe dziecko (jedno z mieszkańców tego domu). Pocisk dużego kalibru trafił je w główkę. Dziecko rozprysło się krwawymi strzępami na wszystkie strony i pośród pulsującej miazgi z wnętrzności pojawił się nagle przepiękny, lśniącobiały pistolet. Unosił się kilka centymetrów nad ziemią, w miejscu, gdzie przed chwilą stało niemowlę, i obracał się powoli wokół własnej osi, jakby prosząc o to, aby go zabrać. Prawdopodobnie był to loot, który dropnął z niemowlęcia. Nie mogąc się powstrzymać, sięgnąłem po pistolet. W tym samym momencie dopadł do mnie jeden z policjantów, a ponieważ miałem broń w ręku, zastrzelił mnie na miejscu.


Wszyscy mieszkańcy willi, na czele z Doktorem, stracili tego dnia życie. Sekcja zwłok wykazała, że pani G. miała rozległy nowotwór mózgu, co było bezpośrednią przyczyną jej dziwnego, niepokojącego spojrzenia. Okazało się również, że rzeczywiście była robotem.


Komentarze

Tak, możesz komentować bez logowania się - kliknij "Nazwa" i zaznacz pole "Wolę pisać jako gość".


comments powered by Disqus