Rzekł Gilgamesz:
Mego snu słuchaj




Sen #20: Pola neutrinowe

15.12.2015

Zbierałem się właśnie do M., mojego niezbyt dobrego znajomego, kiedy rozpętała się tropikalna ulewa z okropecznymi piorunami. Siedziałem więc przy oknie i patrzyłem, jak wiatr szarpał korony drzew, a poczerniałe niebo co jakiś czas rozświetlały błyskawice. W pewnym momencie drzewo rozsnące tuż za oknem, trafione piorunem, zajęło się ogniem. Widok był tak niecodzienny, że zawołałem aż całą rodzinę, żeby im to pokazać. Jakież było nasze zdumienie, gdy w płonące drzewo uderzył kolejny piorun, tym razem odłupując z niego wszystkie gałęzie. Nie czekaliśmy długo, gdy następny rozniósł w drzazgi poczerniały kikut, który sterczał jeszcze z ziemi, a niebawem jeszcze dwa kolejne trafiły w to samo miejsce, tym razem już w gołą, spaloną ziemię.

Wszyscy byliśmy w szoku. Moi domownicy prześcigali się w stwarzaniu coraz to bardziej nieprawdopodobnych hipotez. Ja jako jedyny pozostawałem względnie obojętny, sceptycznie i za każdym razem z jadowitym sarkazmem odnosiłem się do ich coraz dziwaczniejszych pomysłów, które zaczynały mnie już drażnić. Niczym mantrę powtarzałem, że prawdopodobieństwo uderzenia pięciu piorunów w to samo miejsce jest bliskie zeru i postulowanie nawet najwymyślniejszych hipermagnetycznych minerałów ukrytych głęboko w ziemi niczego tu nie zmienia.

- A pole neutrinowe? - rzucił ktoś z obecnych.

- Fizyka nie zna takich oddziaływań - odparłem sucho.

Deszcz w końcu ustał. Ignorując moje docinki, domownicy rzucili się na badania miejsca wypadku. Babcia dreptała z wykrywaczem metalu, inni z jeszcze bardziej osobliwymi akcesoriami. W końcu postanowiono rozkopać ziemię i, ku powszechnemu zadowoleniu, udało się wykopać dwa zdechłe szczury. Niebawem okazało się zresztą, że sami je tam wcześniej zakopali - "w ramach eksperymentu", który najwyraźniej się powiódł. Powiódł się... Ba! Był spektakularnym sukcesem!

Przyszła więc pora na drugi etap. Polegał on również na zakopaniu szczura. W ostrych słowach krytykując metodologię, sprzeciwiłem się stanowczo praktyce zakopywania zwierząt żywcem. Po raz pierwszy moje słowa wywarły jakiś skutek i domownicy zgodzili się, że faktycznie - lepiej będzie wcześniej go uśmiercić. Postanowiono przystawić do niego kota, w nadziei, że kot zechce go zagryźć.

- Eksperyment jest źle zaprojektowany - podsumowałem.

Na szczęście lub nieszczęście, na skutek zmoknięcia w ulewnym deszczu kot zamienił się w mokrą nitkę spaghetti. Troskliwie zwinąłem go w kłębek i ułożyłem na słońcu, żeby doszedł do siebie, końce kluska chowając w cieniu. Zawsze się bałem, że przegrzeje sobie mózg; niestety w tej chwili trudno było odróżnić, z której strony ma głowę, a z której ogon.


Skoro pogoda się poprawiła, postanowiłem udać się do M, mojego niezbyt dobrego znajomego. Biedaczyna mieszkał tak daleko, że dojazd tramwajem zajął mi ponad dwie godziny. On sam stosował pewien sprytny trik. Gdy miał jechać do centrum, wsiadał w tramwaj jadący w przeciwną stronę.

- Tak jest szybciej - mawiał.

M, mój niezbyt dobry znajomy. opowiedział mi historię o tym, jak jakiś czas temu udał się po radę do wróżki-cyganichy. Jego dziadek leżał wówczas w szpitalu i on trochę się tym martwił (M. był wbrew pozorom dość wrażliwym człowiekiem, chociaż sprawiał wrażenie kompletnego prymitywa). Problem, o którym chciał porozmawiać, dotyczył jednak czegoś zupełnie innego. Chodziło może o studia, lub pracę, diabli wiedzą. Zadał wróżce swoje bardzo konkretne pytanie, ona jednak od razu wypaliła:

- Widzę w mojej magicznej kuli, że pana dziadek jest chory!

M. skrzywił się z niechęcią.

- Mój dziadek nie jest częścią tej gry językowej.

- Wszyscy jesteśmy częścią tej gry - odparła zagadkowo wróżka, - która zawsze kończy się przegraną.


Komentarze

Tak, możesz komentować bez logowania się - kliknij "Nazwa" i zaznacz pole "Wolę pisać jako gość".


comments powered by Disqus